piątek, 21 listopada 2014

Przegląd kredek do oczu - część II

Cześć Dziewczyny!
Przed Wami druga część przeglądu kredek do oczu, które przewinęły się w ostatnich kilku, kilkunastu miesiącach przez moje ręce. W poprzedniej części (KLIK!) wyjaśniłam po krótce za co w ogóle lubię konturówki do oczu i dlaczego są one elementem must have w moim codziennym makijażu. Poprzednim razem zaprezentowałam Wam kredki marek Gosh, Rimmel, czy Pierre Rene i były to produkty, których używałam ostatnio. Dzisiejsza grupa to produkty głównie marek Avon, Oriflame i Misslyn, ale znajdziecie tutaj też samotnego Rimmelka czy reprezentantkę marki Paese :)

 
***
AVON - Glimmerstick Diamonds i Glimmerstick Cosmic
w kolorach Twilight, Moonlit Brown, Blackend Black, Twilight Sparkle, Brown Sugar


Na kredki Glimmerstick z Avon trafiłam w zasadzie zupełnym przypadkiem, ponieważ do pewnego czasu słyszałam jedynie same zachwyty nad serią SuperShock, a Glimmersticki były dla mnie zupełnie obce. Do czasu kiedy Marysia (ex-blogerka La Frambuesa) sprezentowała mi brązową kredkę w odcieniu Brown Sugar. Jak widać, pierwsza reprezentantka serii przypadła mi do gustu tak mocno, że przy kolejnych okazjach zaczęłam zamawiać kolejne kolory, zarówno te z serii Glimmerstick Diamonds, jak i Glimmerstick Cosmic.

Lubię te kredki za to, że są mięciutkie i gładko suną po powiece, ale jednocześnie nie maślą się i nie zostawiają grudek. Są bardzo trwałe i utrzymują się na powiece przez większą część dnia nawet bez użycia bazy! Wersje, które przybliżam Wam poniżej, czyli Cosmic i Diamonds, są wyposażone w piękne drobinki, które jednocześnie nie są wyczuwalne na powiece, nie migrują, nie osypują się, na wpadają do oka, nie błyszczą tandetnie i są naprawdę tylko delikatnie widoczne na powiece, za to ładnie ożywiają kolor, dodając mu trochę wielowymiarowości, a przy tym przyjemnie rozświetlają oko.

Właściwie nie widzę żadnej różnicy pomiędzy obiema tymi seriami, więc obie jednakowo polecam. Każdy z dostępnych kolorów odrobinę się różni, więc kupując np. brąz z serii Glimmerstick Cosmic możecie liczyć na to, że nie powielicie brązu z serii Glimmerstick Diamonds. Koszt tych kredek, to w przypadku promocji zwykle ok.10-12 zł.


***
AVON - SuperSHOCK
w kolorach Flash i Black
 

Kredki SuperSHOCK zna chyba prawie każda kosmetoholiczka, swego czasu były bardzo popularne w blogosferze, szczególnie ta w kolorze czarnym. Najbardziej przysłużyła się temu Nissiax83, która swego czasu używała jej właściwie non stop. W związku z wieloma pozytywnymi recenzjami, kiedy w końcu pojawiła się możliwość kupienia tych kredek, zdecydowałam się na dwa kolory - czarną i cielistą, ale nieco perłową.

Przede wszystkim, kredki SuperSHOCK mają szalenie miękki grafit i gładko suną po powiece zostawiając za sobą intensywny kolor i dosyć równą, choć nieco grubą kreskę. Nad grubością oczywiście można popracować i najławiej zrobić to próbując "włożyć" kredkę w linię rzęs, dzięki czemu przy okazji optycznie zagęścimy i przyciemnimy rzęsy i oprawę oka (w przypadku ciemnych kolorów). Warto próbować, bo efekt jest świetny! Kredki przez krótki czas po aplikacji są podatne na rozcieranie, dzięki czemu, jeśli zależy Wam na delikatniejszym efekcie, to jest to dobry czas na wszelkie dodatkowe manewry :)

Jeśli chodzi o trwałość, to nie mam tym kredkom zbyt wiele do zarzucenia... Na pewno zauważalnie krócej trzymają się na dolnej powiece i tu zdecydowanie warto je utrwalić bazą i cieniem, ale nadal jest to znaczna większość dnia. Dopiero po długich godzinach kolor zaczyna nieco blaknąć. Jaśniejsza kredka, w moim odczuciu trzyma się słabiej, ale ja najczęściej noszę ją raczej głównie w kącikach, gdzie naprawdę żadna kredka jeszcze nie wytrzymała całego dnia. Na powiekach jest z nią już całkiem dobrze.

Wiem, że niektóre z Was miały problemy z zaostrzeniem kredek SuperSHOCK, dlatego warto wcześniej schłodzić kredkę w lodówce, dzięki czemu grafit będzie bardziej zwarty i mniej podatny na uszkodzenia od temperówki.

W zależności od tego, czy kredki są aktualnie w promocji, czy nie ich cena waha się od ok.14 do 24 zł. Co jakiś czas są dostępne różne warianty kolorystyczne, więc warto śledzić katalogi.

 
***
Misslyn - Intense Color Liner 78 i 195
 
 
Z marką Misslyn nie znam się zbyt dobrze, ale wiem, że zbiera sporo dobrych opinii. Jak na razie mam dwa lakiery i dwie kredki. Jeśli chodzi o kredki Intense Color Liner, to mam o nich dobre zdanie, choć niestety nie mogę powiedzieć o nich, że są moimi faworytkami. Największy problem w ich użytkowaniu sprawia mi dość twardy grafit, który warto najpierw "rozpisać" na dłoni, albo nawet zatemperować po to, żeby pozbyć się pierwszej warstwy. Dalej kredka jest już znacznie bardziej przyjazna dla oka, ale bez tego zabiegu, pierwszy kontakt oka z kredką mógłby być bardzo nieprzyjemny.
 
Po zaostrzeniu, kredki zostawiają też znacznie bardziej intensywny kolor, dzięki czemu kreska nie wymaga zbyt wielu poprawek. Myślę, że jeśli macie bardziej stabilną rękę, to polubicie te kredki, ponieważ można nimi wykonać bardzo precyzyjną kreskę na powiece, a ta na szczęście jest naprawdę trwała i przez większość dnia utrzymuje się w niezmienionym stanie i w zasadzie tak samo intensywna.
 
Swoje kredki kupiłam w Drogerii Hebe za jakieś 7-8 zł, ale pamiętam, że to była spora promocja. Jeśli KWC dobrze mi podpowiada, to cena regualrna tych kredek powinna kszałtować się w okolicach 13 zł. Warto spróbować, tym bardziej, że wybór kolorów jest naprawdę spory. Tylko pamiętajcie o moich wskazówkach :)
 
Swatche znajdziecie trzy zdjęcia niżej.
 
***
PAESE - LINEA Automatic Eyeliner - Brown Glam
 

Na kredkę Linea z Paese namówiła mnie na poprzednich Targach Kosmetycznych Paula, z nieaktualizowanego już bloga Basket of Kisses, która zachwalała intensywność koloru, trwałość i wszelkie inne cechy tego produktu, z wbudowaną minitemperówką włącznie. Dałam się namówić i absolutnie nie żałuję, bo jak dotąd, to jedna z najlepszych kredek, jakich używałam! Wszystko, co mówiła Paula, to prawda - Linea fantastycznie się trzyma, ma naprawdę piękny, intensywny kolor, a do tego mój ulubiony miękki grafit, dzięki czemu malowanie, to sama przyjemność!

Naprawdę nie wiem, co mogę więcej o niej napisać - jest świetna - musicie ją wyprówać i tyle! W sklepie internetowym Paese i na stoiskach marki kupicie ją za 19,90 zł. Ja już nabyłam kolejne dwie sztuki :)

Swatche znajdziecie dwa zdjęcia niżej.

***
Rimmel - Scandaleyes - Black
 

Jeśli chodzi o kredkę Scandaleyes z Rimmel, to wszystko zapowiadało, że będzie zbliżona do świetnych kredek SuperSHOCK z Avonu. Podobna konsystencja, miękki, maślany grafit, intensywna czerń i obietnica świetnej trwałości. Miało tak być, ale wyszło niestety słabo, bo na moich powiekach kredka rozmazuje się w tempie ekspresowym - na górnej powiece zawsze po pewnym czasie zostawia "xero", natomiast na dolnej tworzy malowniczą pandę... Zastowanie bazy i utrwalenie cieniem w zasadzie spływa po niej, jak woda po kaczce i dalej robi swoje. Niestety niezgodnie z obietnicami producenta. Owszem, zdarzają się jej lepsze dni, ale dla mnie ten produkt jest tak nieprzewidywalny, że nie jestem w stanie postawić na nią w ważnym dniu, czy nawet na długiej imprezie. Szkoda Waszych 19 zł na ten produkt, jeśli chcecie kupić udaną kredkę z Rimmel, to zdecydowanie lepiej postawić na bardzo, bardzo dobre kredki automatyczne Exaggerate!

Poniżej dwa zdjęcia ze swatchami czterech opisanych wyżej kredek - Misslyn, Paese i Rimmel. Zdjęcia zrobione bliżej okna (jaśniejsze) i dalej (ciemniejsze), dzięki czemu widać delikatne zmiany w kolorach.


 
***
ORIFLAME - Kohl Pencil - Nude
ORIFLAME - Smooth Definer - Brown i Black
 

Ostatnie trzy kredki, to produkty marki Oriflame, wśród których znalazły się dwie serie - kredka cielista pochodzi aktualnie z serii The One, co wiąże się z drobną zmianą opakowania, ale środek, to ten sam produkt (obecnie wygląda tak KLIK), wobec czego postanowiłam ją pokazać, natomiast czarna i brązowa kredka pochodzą jeszcze z serii Oriflame Beauty i z tego, co widzę, to w ofercie została już chyba tylko czarna, a szkoda!

W okresie, kiedy byłam konsultantką Oriflame, zużyłam niezliczoną ilość przeróżnych kredek tej marki, z których większość była naprawdę bardzo dobra. Te, które mam jeszcze w posiadaniu (lub miałam, bo brązowa dawno już się skończyła ;)), również wpisują się w ten nurt. Cielista kredka Kohl Pencil, to świetny produkt do rozjaśniania szczególnie dolnej linii wodnej lub wewnętrznego kącika oka. Nie zawiera żadnych drobinek i jest całkowice matowa. Jej kolor, to mieszanka beżu z kropelką różu. Wygląda naprawdę całkiem naturalnie. Grafik nie należy do tych najbardziej maślanych, ale jest dosyć miękki i zostawia ładną smugę koloru. Jeśli zależy nam na intensywniejszym odcieniu, to można ją trochę poprawić, ale nie wymaga to wielu wysiłków. Kredka jest też na szczęście całkiem trwała, szczególnie, jak na kredkę cielistą, które - według moich obserwacji - zwykle znikają z powiek znaaacznie szybciej, niż ich ciemniejsze koleżanki. Ta utrzymuje się na powiekach spokojnie kilka godzin, co w moim przypadku jest całkiem dobrym wynikiem.

Podobnie sprawa ma się w przypadku kredek z serii Smooth Definer, tu jednak różnica polega na tym, że w przeciwieństwie do kredki Kohl Pencil, kredki Smooth Definer są kredkami automatycznymi, co - przyznam szczerze - chyba już samo z siebie wpływa na moją większą sympatię. Mają też nieco bardziej miękki grafit, dzięki czemu kolor od razu jest odpowiednio intensywny, a przy tym również sporo trwalszy, bo utrzymujący się niemal cały dzień. Gdybym ponownie miała do nich dobry dostęp (i gdyby nadal mieli brąz w ofercie), to z pewnością powtórzyłabym zakup. Może nie jest to to samo, co Paese, ale to również świetne konturówki.

Bez promocji, za każdą z kredek zapłacicie około 22-23 zł, ale wiecie jak to jest z firmami, działającymi przez katalogi - one prawie zawsze mają jakąś promocję :)

 
Nawet nie zauważyłam kiedy nagromadziłam tyle świetnych konturówek do oczu! Oczywiście sporo z nich już dawno wykończyłam, a zdjęcia udokumentowały ich ostatnie podrygi, ale jednocześnie do wielu z nich regularnie wracam, jak na przykład do kredek Glimmerstick, dlatego bardzo mocno je Wam polecam.
 
W poprzedniej części serii o kredkach polecałyście mi między innymi kredki do oczu Emily z Golden Rose i zdradzę Wam, że niedawno zaopatrzyłam się na próbę w dwa odcienie. Jak tylko wyrobię sobie o nich zdanie, to na pewno wrócę do Was z kolejnym postem zbiorczym, tym bardziej, że już teraz nagromadziło mi się sporo ciekawych produktów do pokazania, a także kilka nowych kolorów z już prezentowanych serii.
 
Jak zawsze czekam też na Wasze komentarze z opiniami na temat prezentowanych produktów lub też polecające Waszych ulubieńców z tej kategorii! :)
Karotka
 

Czytaj dalej

czwartek, 13 listopada 2014

Przegląd kosmetyków o zapachu róży

Cześć Dziewczyny!
W ostatnim czasie mam manię na sięganie po kosmetyki pielęgnacyjne o jednym zapachu. Co kilka miesięcy zmienia mi się faworyt i na przykład w wakacje najchętniej sięgałam po kosmetyki, które pachniały mango, natomiast wczesną jesienią moją łazienkę zdominował zapach róży i właśnie o kosmetykach pachnących różami chciałabym dzisiaj napisać kilka słów :)


***


Różana seria Barwy Harmonii od Barwy była moją inspiracją do napisania tego posta, ponieważ rok temu, w paczce od marki znalazłam również odlewki tych produktów, jeszcze przed ich premierą na rynku. Te spodobały mi się na tyle, że jakiś czas temu postanowiłam kupić sobie pełnowymiarowe opakowania wszystkich trzech kosmetyków, czyli olejku pod prysznic, masła do ciała i mydełka.

Każdy z kosmetyków niesamowicie wiernie oddaje aromat prawdziwej róży prosto z ogrodu i przyznam, że to był główny powód, dla którego uległam tej zachciance. Właściwości kosmetyków są na optymalnym poziomie - posiadaczki skóry normalnej na pewno będą zadowolone z nawilżenia i odżywienia, jakie oferuje masełko, a także nie będą narzekać na przesuszenia po kąpieli z olejkiem (ja używam go zamiast żelu pod prysznic - niestety nie mam wanny, żeby przetestować inną opcję ;)). Jeśli zaś chodzi o mydełko, to wydaje mi się być ono całkiem delikatne. Ja myję nim tylko ręce i tu z pewnością się sprawdza, ale mój facet stosuje je również do codziennego oczyszczania twarzy i z tego, co widzę - nie boryka się ani z przesuszeniami, ani z wypryskami.


Innym różanym kosmetykiem, który zawładnął ostatnio moją kosmetyczką, jest błyszczyk marki Pat&Rub. Przez długi czas darzyłam błyszczyki bardzo chłodnym uczuciem i starałam się raczej omijać je z daleka, ale ten był jednym z dwóch produktów z tej kategorii, które na powrót przekonały mnie, że warto mieć tego typu kosmetyk pod ręką.
 
Sam błyszczyk pachnie jak różana konfitura w pączkach, ale nie jest to jego jedyną zaletą! Nosząc ten produkt na ustach mam wrażenie, że skóra jest dobrze nawilżona i odżywiona, a wszelkie ewentualne suche skórki zmiękczone. Co ważne, uczucie to utrzymuje się również po tym jak zjemy większość produktu z ust :) Kosmetyk odrobinkę się lepi, ale nie jest to wyjątkowo uciążliwe i zdecydowanie mieści się to w mojej normie - w zasadzie mam nawet wrażenie, że produkt jest na ustach nieco wodnisty, a mimo to całkiem długo się utrzymuje. W różanej gamie Pat&Rub znajdziecie również peeling do ust oraz balsam w słoiczku - te dwa kosmetyki mam akurat w wersji pomarańczowej, ale spokojnie mogę Wam je polecić jeśli lubicie takie gadżety o dobrym składzie :)


Powyższy kosmetyk jest tu za sprawą małego kłamstewkiem, bo wazeliny z Flos-Leku nie używałam już przed dłuższy czas i końcówka nadaje się już niestety do wyrzucenia, ale pamiętam, że lubiłam używać jej na noc i że bardzo przyjemnie zmiękczała wargi - zresztą - kto nie zna działania wazeliny! Po tę w każdym razie warto sięgnąć, bo również bardzo przyjemnie pachnie różą, choć jest to już woń nieco podszyta chemicznym zapaszkiem, ale jednak nadal przyjemna.


Krem do rąk z Gracji (czyli Miraculum), to kolejny produkt, w którym producent chciał oddać zapach róż. Tutaj jest trochę jak w przypadku wazeliny z Flos-Leku - wiadomo, że dzwoni, ale nie do końca wiadomo w którym kościele, czyli czuć, że kosmetyk miał pachnieć różami, ale nie do końca udało się to oddać ;)
 
Pod względem pielęgnacyjnym to krem, jakich wiele - przyjemnie nawilża skórę, nie tłuści zbyt mocno dłoni i w miarę szybko się wchłania. U mnie stoi w łazience na półce i służy, jako dyżurny krem do rąk. Jeśli będziecie szukać taniego, przyjemnego kremu do rąk, to możecie spróbować. Myślę, że nie będziecie zawiedzione, jeśli nie oczekujecie cudów, tylko doraźnej pielęgnacji dłoni.


Jeśli jeszcze nie znacie tego żelu pod prysznic Różany Ogród z Lirene, to czym prędzej marsz do drogerii! Nie dość, że pięknie i bardzo realistycznie oddaje zapach najprawdziwszej ogrodowej róży, to jeszcze jest duży, tani, wydajny i skuteczny! Dobrze oczyszcza skórę, nie podrażnia i nie wysusza jej, a kąpiel w jego towarzystwie jest wyjątkowo przyjemnym rytuałem! Życzyłabym sobie jedynie od marki więcej kosmetyków o tym zapachu - szczególnie balsam i krem do rąk! :)


Woda toaletowa Roses de Chloé była moim marzeniem odkąd pierwszy raz powąchałam ją w którejś z perfumerii. Długo zastanawiałam się nad jej zakupem, spryskiwałam się i odchodziłam, aż w końcu zaszalałam. Obawiałam się, że początkowo - pudrowo-różane nuty szybko przestaną być u mnie wyczuwalne, ale mimo to nie mogłam się oprzeć temu zapachowi. I bardzo dobrze, bo okazało się, że delikatny różany wstęp szybko ewoluował na mojej skórze w stosunkowo mocny i nawet nieco ostrawy zapach, za którym wprost przepadam! Aktualnie wykończyłam już moją pierwszą buteleczkę i cicho liczę na to, że może ktoś zechce mi sprawić prezent na urodziny... A jak nie, to chyba sama sobie go zrobię :)


I znowu małe oszukaństwo, bo powyższy kosmetyk owszem, pachnie różą, ale dziką! Mimo to postanowiłam go umieścić w tym zestawieniu, bo jeśli tylko jesteście fankami olejków, czy oliwek do ciała, to gorąco polecam Wam ten wariant olejku Alverde, czyli mieszankę dzikiej róży i trawy cytrynowej. Pachnie wyjątkowo interesująco - bo mamy tu świeżość i cierpkość trawy cytrynowej, przełamaną nieco mdłym zapachem dzikiej róży - mdłym w dobrym znaczeniu - bo dzięki takiej kombinacji zapach nie jest jednowymiarowy. Tym razem również właściwości pielęgnacyjne stoją na wysokim poziomie, dlatego ja stosuję ten produkt tylko raz na jakiś czas - zwyczajnie nie czuję, żeby moja skóra potrzebowała tak intensywnej pielęgnacji na co dzień. Niemniej jednak polecam, również tzw. sucharkom :)

***
Jak zawsze czekam na Wasze komentarze - czy używałyście któregoś z tych kosmetyków i czy w ogóle lubicie różane zapachy? Jeśli nie, to jaki jest Wasz ulubiony wariant zapachowy i czy macie na jego punkcie fisia na tyle, że raz na jakiś czas otaczać się nim w każdej możliwej formie? :)
 
A może znacie jeszcze inne kosmetyki różane, których nie znam lub o których zapomniałam? :)
Karotka
 
P.S. Bardzo, bardzo, bardzo mi miło, że w końcu zobaczyłam upragniony tysiąc w gadżecie obserwatorów! I to tuż przed trzecimi urodzinami bloga - zrobiłyście mi wcześniejszy prezent, a ja niedługo obdaruję kilkanaście z Was. Jeśli więc macie ochotę na konkurs, to zerkajcie na blog i blogowego facebooka, bo już wkrótce ruszamy ze świętowaniem! :)
 
Dziękuję!
K.
Czytaj dalej

czwartek, 30 października 2014

Sierpniowe nowości

Cześć Dziewczyny!
 
W dalszym ciągu nadrabiam zaległości, więc oczywiście nie zdziwcie się tym, że dzisiejsze nowości przybyły do mnie jeszcze w sierpniu. Uwierzcie, że naprawdę staram się wyrobić, żeby nie pokazać Wam wrześniowych nowości w grudniu... (:D) Dobra wiadomość numer jeden jest taka, że obrobiłam już zdjęcia do wszystkich postów z nowościami i denkami do października włącznie, więc pozostaje mi stworzyć do tego tylko (i aż) teksty. Dobra wiadomość numer dwa jest taka, że wychodzę z założenia, że informacje czy wrażenia, którymi się z Wami dzielę przy okazji tych postów nie przeterminowują się, więc tak naprawdę nawet zaległe posty są dla mnie po prostu pretekstem do wyrażenia opinii, choćby w okrojonej formie :)


Sierpniowe nowości nie są aż tak okazałe, jak zwykle, choć nie obyło się bez skorzystania z kilku - jak zawsze - niepowtarzalnych okazji. Takich niepowtarzalnych, że do dnia dzisiejszego miałabym możliwość powtórzyć te zakupy co najmniej raz, ale... Same na pewno wiecie jak to jest z rozsądnym myśleniem na zakupach. Nigdy nie grzeszyłam zdrowym rozsądkiem w drogerii, więc to się akurat nie zmienia. Ot co :D


W trakcie urlopu w Chorwacji po raz pierwszy miałam możliwość odwiedzić słynną drogerię DM. Zawsze myślałam, że wpadnę tam w jakiś totalny szał zakupowy i wyjdę stamtąd objuczona jak wielbłąd, ale na miejscu jakimś cudem stwierdziłam, że postawię po prostu na sprawdzone kosmetyki i kilka kuszących i nowych dla mnie kosmetyków.
 
Wśród zakupów znalazły się w pierwszej kolejności produkty Balea - lotion do ciała o zapachu arbuza i żel pod prysznic o tym samym zapachu. Żel miałam już wcześniej i bardzo, bardzo podobał mi się jego zapach, więc ponowiłam ten zakup, a oprócz tego dorzuciłam lotion - głównie z myślą o moim facecie, który lubi lekkie smarowidła. Oprócz tego kupiłam dwa inne żele pod prysznic - o zapachu mango (również powtórka z rozrywki) i truskawki.


Do koszyka dorzuciłam również dwa rodzaje odżywek Balea - odżywkę z mango i aloesem, a także dwie tubki odżywki z olejem arganowym. Oba te produkty zdążyłam już wcześniej przetestować, więc powtórny zakup był jak najbardziej zaplanowany. Obie całkiem fajnie się u mnie sprawdzały, byłam z nich zadowolona i zdecydowanie będę chciała napisać o nich dla Was coś więcej.
 

Jeśli chodzi o produkty, które zainteresowały mnie już na miejscu, to skusiłam się na dwa kosmetyki do mycia twarzy (jakbym w domu miała ich za mało :D) - piankę z Himalaya Herbals (które podobno zaczęły pojawiać się również w drogeriach w Polsce, na razie słyszałam o drogeriach Dayli) oraz emulsję do mycia twarzy z Alverde.


I ostatnie dwa kosmetyki, również nieplanowane, a upolowane w chorwacki DM, to kosmetyki Burt's Bees - pomadka ochronna z ekstraktem z granatu oraz balsam do rąk. Oba kosmetyki są już w użyciu i choć sprawdzają się całkiem nieźle, to raczej nie skusiłabym się na nie, gdybym miała polowań na nie przez internet, dlatego tym bardziej cieszę się, że miałam możliwość kupienia ich stacjonarnie. Oba produkty mają baaaaardzo przyjazne i atrakcyjne składy i głównie to skusiło mnie do ich zakupu.


Wracając z Chorwacji zachaczyliśmy o Wiedeń, gdzie przypuściłam atak na LUSH. Okazało się jednak, że byłam dosłownie kilka minut za późno, więc pocałowałam klamkę, na szczęście kuzynka Michała ruszyła z odsieczą i kilka dni później zrobiła dla mnie upragnione zakupy (które tydzień później dojechały do Warszawy z jej mamą ;)), a raczej jeden zakup - ulubiony czyścik do twarzy Let The Good Times Roll. Natomiast maska Cupcake (recenzja wkrótce) to efekt wymiany pięciu pustych pudełeczek na świeżą maskę! Opłacało się je chomikować w szafie! :))


Zestaw kosmetyków Aldo Vandini, widoczny na powyższym zdjęciu, to mój prezent imieninowy od rodziny Michała z Wiednia, u której nocowaliśmy w drodze z i do Chorwacji. Nie spodziewałam się nic dostać, a już tym bardziej nie taki okazały zestaw. Jeszcze większą radość sprawiło mi to, że zupełnie nie słyszałam wcześniej o tej marce, więc znowu mam szansę zapoznać się z czymś całkowicie nowym dla mnie! W skład prezentu weszły dwa mydła w płynie o zapachu tamaryndy i imbiru oraz oliwki i granatu, a także żel pod prysznic, peeling, balsam do ciała oraz krem do rąk (w pierwszym wariancie zapachowym).


Powyższe produkty to już w ogóle zamierzchłe czasy - oba kosmetyki kupiłam na początku sierpnia, tuż przed wyjazdem na urlop. Ponieważ posty o filtrach do ciała muszą przezimować co najmniej do wiosny, warto teraz wspomnieć tak pro forma, że zarówno ochronny balsam do ciała SPF 50 z linii Pharmaceris S, jak i emulsja do opalania SPF 20 z Lirene świetnie wywiązały się ze swojego zadania i uchroniły nas przed intensywnym chorwackim słońcem. Opalaliśmy się bezpiecznie, bez żadnych zaczerwienień i bez poparzeń. Każdy w produktów ma przyjemną, lekką konsystencję i ekspresowo się wchłania, co było dla mnie sporym zaskoczeniem w przypadku wysokiego filtra! Na pewno będę się ich trzymać również podczas kolejnych urlopów pod chmurką! :)


No i na koniec trzy tusze do rzęs... Jak wiele z Was, również i ja otrzymałam od marki Rimmel zestaw recenzentki, który zawierał dwa egzemplarze nowego tuszu Wonder'Full. Jednym podzieliłam się już z Sylwią z Lacquer-Maniacs, a drugi poszedł w ruch. Na pewno napiszę o nim więcej, bo jest to produkt bardzo specyficzny. Na pewno przeszkadza mi w nim gigantyczna, niezbyt poręczna szczota, a efekt na rzęsach dla wielu z Was będzie niewystarczający, jednak muszę przyznać, że kiedy jak tylko tusz nieco podsechł, to - jak to często bywa - zaczęło mi się z nim całkiem nieźle pracować. Efekt na rzęsach jest zdecydowanie dzienny, ale wygląda ładnie i całkiem naturalnie. Dla mnie najważniejsze jest to, że nie skleja rzęs, ładnie je przyciemnia i nieco je wydłuża. Generalnie preferuję raczej mocniejszy efekt, ale ten też jest ok.
 
Dwie miniaturki tuszu High Impact Mascara od Clinique, to już dla odmiany efekt sephorowej akcji typu "wymień stary tusz na nowy". Miniaturka tego tuszu dzielnie służyła mi podczas urlopu, a nawet teraz jest jej jeszcze ciut, więc tym bardziej ucieszyłam się na wieść, że będę mogła bezkosztowo przygarnąć kolejne dwie miniatury! :)
 
***
 
Jeśli chodzi o sierpień - to już wszystko! W zasadzie prawie całe moje zakupy z tego miesiąca sprowadziły się do miniszaleństwa w DM, więc nie jest ze mną jeszcze tak źle. To znaczy w sierpniu nie było, bo we wrześniu i październiku znowu zasypała mnie sterta kosmetyków... Teraz dla równowagi zacznę w końcu opisywać Wam moje denko od maja, bo naprawdę było tego sporo, a naprawdę desperacko zależy mi na tym, żebyście wiedziały, że nie jestem aż takim człowiekiem-chomikiem, jak mogłoby się wydawać! :D
 
 
Jak zawsze czekam na Wasze opinie o zaprezentowanych kosmetykach - lubicie, nienawidzicie, pragniecie? :)
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 23 października 2014

Ulubieńcy września i października

Cześć Dziewczyny!

Po krótkiej przerwie, spowodowanej moim weekendowym wyjazdem do Wiednia, wracam do Was z ulubieńcami września i października. Tym razem zdecydowanie nie mogłabym sobie odpuścić tego rodzaju posta, ponieważ zdecydowałam się wyróżnić niemal same nowe produkty, z których większość pojawiła się u mnie we wrześniu. Każdy z nich zdecydowanie zasługuje na uwagę! :)


Tym razem dominację objęły produkty pielęgnacyjne, które bez reszty rozkochały mnie w sobie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. W zasadzie już teraz obstawiam, że do każdego z nich z przyjemnością będę wracać, gdy już wycisnę ostatnią kroplę z aktualnie używanych opakowań :)


Zacznijmy jednak od skromnej reprezentacji produktów kolorowych. Już w ostatnich ulubieńcach wspominałam Wam o tym, że - ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu - na powrót przekonałam się do błyszczyków. Przez co najmniej dwa lata omijałam ten rodzaj produktów szerokim łukiem, a te, które mimo wszystko do mnie trafiały, zwykle oddawałam mamie i koleżankom. Różany błyszczyk z Pat&Rub jest więc pierwszym, który kupiłam po długiej, długiej przerwie i jestem nim zachwycona! Cudownie pachnie różaną konfiturą, przyjemnie zmiękcza usta, umiarkowanie się klei i generalnie jest bardzo przyjemny w noszeniu. Oczywiście przy tym wszystkim ładnie nabłyszcza usta i sprawia, że wyglądają bardzo kusząco :)

Kolejnym produktem jest znowu coś do ust - tym razem pomadka MAC Plumful, która stała się również moim hitem na jesień! Jest to wyjątkowo popularny w blogosferze kolor, przez co siłą rzeczy i ja się nim zainteresowałam. W sztyfcie jest to piękny, fioletowawy odcień, który na moich ustach przybiera nieco winny odcień. Jestem nim oczarowana i wyjątkowo chętnie po niego sięgam.

Trzecim kolorowym produktem, po który sięgałam regularnie we wrześniu i październiku jest czarna kredka Exaggerate z Rimmel. Przez długie miesiące używałam tylko brązowych kredek, ale ostatnio nabrałam ochoty na ciut mocniejsze podkreślenie oka, więc czarna kredka wydała mi się niezłym rozwiązaniem. Lubię ją za to, że jest naprawdę trwała, ma głęboki kolor, jest miękka i naprawdę dobrze się nosi. Polubiłam ją na tyle, że skusiłam się na więcej kolorów :)


Seria Liście Manuka z Ziaji to kolejny hit blogosfery. Być może nie uległabym temu zbiorowemu szaleństwu, gdyby nie fakt, że ostatnio mam spore problemy z cerą, więc kiedy znalazłam tę serię w Rossmannie, postanowiłam wrzucić kilka kosmetyków do koszyka. Wśród nich znalazł się krem na noc z kwasem migdałowym, który rewelacyjnie wpłynął na większość moich problemów. Cera zaczyna wyglądać znacznie lepiej i choć nadal daleko jej do ideału, to jednak z dnia na dzień jej stan coraz bardziej się poprawia.

Balsam przeciw wypadaniu włosów z Seboradin, to kolejne odkrycie miesiąca. Bardzo dobrze wpłynął na kondycję moich włosów, zarówno jeśli chodzi o ograniczenie ich wypadania, jak i o ich ogólne nawilżenie. Więcej napisałam w recenzji, którą opublikowałam w ubiegłym tygodniu TUTAJ.


Ostatnie dwa produkty, to kosmetyki, które znalazłam w przesyłce z nowościami Lirene i Under Twenty, przesłanej przez niezawodną Panią Eriskę - Anię :) Żel Różany Ogród niemal od razu powędrował pod prysznic, tym bardziej, że ostatnio mam wyjątkową fazę na kosmetyki o tym zapachu, a ten żel idealnie odzwierciedla woń tych kwiatów. Takie prysznice to ja mogę brać codziennie! :)

Po urlopie w Chorwacji przez długi czas borykałam się z przesuszoną skórą na ciele, co jest jak na mnie wyjątkowo dziwne. Żaden z dotychczas używanych balsamów nie był w stanie poradzić sobie z tym problemem, więc za poleceniem Ani sięgnęłam po balsam z nowej linii Lirene Emolient. Wystarczyło kilka dni codziennego stosowania i w końcu pozbyłam się suchej i napiętej skóry! Polubiliśmy się na tyle, że Emolient stał się stałym elementem naszej codziennej pielęgnacji.

***
Jeśli chodzi o wrześniowo-październikowych ulubieńców to byłoby na tyle! W ciągu obu tych miesięcy regularnie sięgałam po każdy z omówionych wyżej produktów, niektóre z nich zdążyły już nawet dosięgnąć dna. Myślę, że dawno już nie trafiłam na tyle udanych kosmetyków do pielęgnacji. Stopniowo postaram się przygotować dla Was pełne recenzje omawianych ulubieńców.

Was natomiast zachęcam do podzielenia się Waszymi opiniami na ich temat, jeśli tylko miałyście już okazję z nich korzystać. A może któryś z nich szczególnie wpadł Wam w oko i chciałybyście go wypróbować? :)
Karotka
Czytaj dalej

środa, 15 października 2014

Rimmel - Lash Accelerator Endless - tusz do rzęs

Cześć Dziewczyny!
 
Dawno już nie pisałam o tuszach do rzęs, a w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy przewinęło się przez moje ręce kilku naprawdę świetnych kandydatów na tusz idealny. Dzisiaj przedstawiam Wam pierwszy z nich - tusz do rzęs Lash Accelerator Endless od Rimmel.


EFEKT/DZIAŁANIE:
O moich rzęsach nie mogę powiedzieć nic złego, ponieważ są z natury dość długie, aczkolwiek mają bardzo jasne końcówki, których bez tuszu po prostu nie widać. Wydawałoby się, że ich umalowanie to prosta sprawa, przeciągamy szczoteczką i voila - rzęsy do nieba, a mimo to większość tuszy nie potrafi sprostać temu wyzwaniu i bardzo często sprawiają, że wyglądam jakbym miała trzy cienkie rzęsy na krzyż... W makijażu rzęs stawiam więc przede wszystkim na wydłużenie, ale lubię też, kiedy tusz oblepia po trochu każdą z rzęs i sprawia, że wyglądają one na grubsze, bo wierzcie mi, że długie, a cienkie rzęsy, to też nie jest wcale przyjemny, ani nawet efektowny widok ;)
 
Lash Accelerator Endless naprawdę świetnie sobie radzi z podreślaniem moich specyficznych rzęs i rewelacyjnie je wydłuża, a przy tym nieco pogrubia - dokładnie tyle, ile lubię. Tusz jest naprawdę trwały i trzyma się na swoim miejscu przez cały dzień. Nie osypuje się, nie kruszy i nie rozmazuje zbyt łatwo. Nigdy też nie podrażnił mi oczu.
 
Jest jeden drobny minusik, który jest bardzo popularny dla tego typu produktów - maskara musi troszeczkę odleżeć, ponieważ od razu po otwarciu jest zbyt mokra. Warto dać jej tydzień, maksymalnie dwa, żeby zobaczyć na co naprawdę ją stać. Oczywiście to nie jest tak, że nie można jej w tym czasie używać! Po prostu przez pierwsze kilka czy kilkanaście dni od otwarcia maskary, efekt na rzęsach będzie raczej dzienny i mało efektowny, choć nadal ładny. Na początku zdarzało mi się też, że zanim tusz podeschnął, to czasami odrobinę sklejał rzęsy, ale nie na tyle, żeby nie można było sobie z tym poradzić szybkiem przeczesaniem rzęs grzebykiem, czy czystą szczoteczką po starym tuszu. W późniejszym okresie użytkowania tusz praktycznie zupełnie nie sklejał mi rzęs.


SZCZOTECZKA:
Kolejnym ogromnym plusem tej propozycji Rimmela jest wygodna, silikonowa szczoteczka. Jeśli jesteście ze mną dłużej, to być może pamiętacie, że staram się wybierać właśnie takie aplikatory, bo uważam, że znacznie lepiej i szybciej radzą sobie z moimi rzęsami. W tym przypadku to rozwiązanie również okazało się być najskuteczniejsze, dzięki czemu rzęsy wyglądają dobrze nawet po dwóch szybkich przeciągnięciach szczoteczką. Jeśli jednak macie kilkanaście, czy kilkadziesiąt sekund więcej, to warto poświęcić je na dokładne wyczesanie każdej kępki rzęs, ponieważ efekt, który daje LAE można budować w zależności od potrzeb, bo szczoteczka pozwala na dość precyzyjne podkreślenie oka bez sklejania pojedynczych rzęs.

 
WYDAJNOŚĆ:
Tusz jest bardzo długo zdatny do użytku. W tej chwili jest to moje drugie opakowanie i tym razem ciekawość spowodowała liczne skoki w bok w trakcie stosowania tej buteleczki, a i tak za każdym razem, kiedy wracam do aktualnego egzemplarza LAE, to jest on nadal mokry i daje w pełni zadowalające mnie efekty. Wiem, że niektóre z Was szybciej wyczuwają różnicę w formule ulubionego tuszu, ale jak dla mnie ten produkt jest świeży spokojnie do pół roku od otwarcia.
 
OPAKOWANIE:
Tusz umieszczono w ładnym, smukłym opakowaniu w neonowo żółtym odcieniu. Na pewno nie sposób go przegapić w kosmetyczce, czy półce sklepowej. Co tu dużo gadać, po prostu mi się podoba.
 
 
CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Tusz kosztuje ok.30 zł, ale często można go upolować w cenie promocyjnej, obniżonej nawet do 20 zł. Niezależnie od tego w jakiej cenie go traficie, uważam, że jest warty każdej z tych kwot ;)) Z pewnością nie będziecie miały problemu z jego dostępnością, ponieważ znajdziecie go w każdym Rossmannie, Naturze, Super-Pharm czy Hebe :)

Na koniec jeszcze szybki podgląd na rzęsy. Wybaczcie mi brak PhotoShopa i znieście widok mojej niedoskonałej cery. Taka jest i niewiele na to poradzę, bo prędzej zostałabym mistrzem Painta, niż PS :D

 
Jak zwykle czekam na Wasze opinie! Czy podoba Wam się efekt, który Lash Accelerator daje na moich rzęsach? Czy same miałyście już okazję korzystać z tego tuszu i czy Wam również przypadł do gustu tak bardzo, jak i mi? Jakie tusze należą obecnie do Waszych ulubionych? :)
Karotka
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast