piątek, 19 września 2014

Joanna - Z Apteczki Babuni - Wygładzający peeling do ciała z ekstraktem z bzu

To był maj... Kiedy zrobiłam te zdjęcia! Uwierzycie, że wytrwały tyle czasu na moim dysku niezauważone?! No cóż, najwyraźniej czekały aż złapie mnie wena, która - jak ostatnio pewnie widzicie - w końcu mi dopisuje, dlatego korzystając z okazji chciałabym podzielić się z Wami moją opinią na temat świetnego peelingu Joanny o zapachu bzu! No i już się zdradziłam! :)

Informacja od producenta:


KOLOR/ZAPACH:
Peeling bzowy zwrócił moją uwagę od razu, kiedy tylko pojawił się w drogeriach. Do tej pory zużyłam jedno opakowanie, ale gdzieś tam przy okazji nabyłam w promocji drugie, które chwilę musiało poczekać na swoją kolej, ale teraz znowu mam ten produkt w użyciu. To, co od razu przyciąga wzrok w tym produkcie, to piękny, fioletowy kolor, od razu kojarzący się z kwiatem bzu, a co najlepsze, zapach całkowicie idzie z nim w parze! Dla mnie to najprawdziwszy, absolutnie nieprzekłamany fioletowy bez! Czysta wiosna w słoiczku! :)

DZIAŁANIE:
Peeling okazał się być przyjemny w użyciu nie tylko ze względu na jego walory zapachowe, ale również ze względu na bardzo dobre działanie. Produkt jest naszpikowany polietylenowymi drobinkami, które świetnie wywiązują się swojego zadania. Peeling jest odpowiednio mocny, ale jednocześnie nie jest przesadnie ostry i nie podrażnia skóry nadmiernym drapaniem. Czuć, że drobinki odpowiednio intensywnie masują ciało i zarazem wygładzają skórę, złuszczając martwy i zrogowaciały naskórek.

Po użyciu tego bzowego przyjemniaczka moja skóra jest przyjemnie gładka, delikatnie, zdrowo zaczerwieniona (oczywiście tylko przez kilkanaście minut po wyjściu spod prysznica). Nie zauważyłam, żeby peeling przesuszał skórę, ale - po pierwsze - moja skóra nie ma do tego tendencji, a po drugie - po peelingu zawsze sięgam po produkty nawilżające, bo w końcu kiedy mają działać najlepiej, jak nie wtedy, kiedy skóra jest najlepiej ukrwiona i jednocześnie może skorzystać z balsamu najwięcej :)

KONSYSTENCJA I WYDAJNOŚĆ:
Peeling przypomina mi nieco galaretkę, ale taką, która dopiero zaczęła tężeć. Ma trochę tendencji do przelewania się między palcami, ale wystarczy nakładać go pełną dłonią, żeby opanować jego skłonności do ucieczki :) Produkt bardzo łatwo rozprowadza się na ciele i dzięki temu dobrze wykonuje robotę!

Być może to właśnie ta specyficzna konsystencja sprawia, że produkt jest zaskakująco wydajny, jak na peeling. O ile większość tego typu produktów wystarcza na około 10 użyć na całe ciało, tak ten szacuję raczej na około 20 zabiegów.

OPAKOWANIE:
Produkt umieszczono w plastikowym, odkręcanym słoiczku. Oczywiście jest to najwygodniejsze rozwiązanie dla peelingu, więc nie ma co się zbytnio rozwodzić nad "pomysłowością" producenta ;) Całość jest bardzo przyjemna dla oka i moim zdaniem przyciąga wzrok. Przeszkadza mi tylko brak folii zabezpieczającej produkt. Nie dość, że ktoś może bezkarnie wsadzać w niego nos bez naszej wiedzy, to jeszcze może się okazać, że jeśli macant nie dokręci słoiczka, to połowę produktu zgubimy w drodze do domu... To jest coś nad czym zdecydowanie warto by było popracować, zwłaszcza przy tak płynnej konsystencji!

SKŁAD:
Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Polyethylene, Glycerin, Sodium Laureth Sulfate, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Xanthan Gum, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamine, Sambucus Nigra Flower Extract, Propylene Glycol, Disodium EDTA, Sodium Chloride, Parfum, Cinnamyl Alcohol, Limonene, Linalool, DMDM Hydantoin, Methylchloroisothiazolino ne, Methylisothiazolinone, Cl:42090, Cl:17200

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Około 10-14 zł, w zależności od promocji. Swój peeling kupowałam w Super-Pharm i szczerze przyznam, że nie mam pojęcia gdzie jeszcze jest dostępny. Joanna jest dosyć popularną marką, więc podejrzewam, że mimo wszystko nie powinnyście mieć problemów z jego znalezieniem :)


Peeling z Joanny zdecydowanie dał się polubić! Uważam, że to jedna z ciekawszych propozycji na półkach drogeryjnych. Przyjemny w użytkowaniu, skuteczny, pięknie pachnący i bardzo przystępny cenowo. Więcej takich przyjemniaczków poproszę! :)

A Wy jakie zapachy lubicie w kosmetykach? Czy miałyście okazję używać innych kosmetyków pachnących bzem? Jeśli tak, to koniecznie dajcie znać w komentarzach!
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 18 września 2014

Czerwcowe nowości

Taaaak, tak właśnie... Nie pomyliłam się, po prostu jestem królową zaległości, dlatego dzisiaj przychodzę do Was z moimi czerwcowymi nowościami... Mogłabym je pominąć, ale z drugiej strony wiem, że lubicie takie posty, więc czemu by nie. Jakby zaległości było mało, mam jeszcze do nadrobienia posty denkowe od ...kwietnia? Taaak właśnie... :D


W czerwcu nie robiłam szczególnie dużych zakupów, większość produktów trafiła do mnie z różnych źródeł, częściowo były to nagrody w konkursach, częściowo prezenty ze spotkania blogerskiego, no i oczywiście pojawiło się też kilka produktów, otrzymanych w ramach współpracy.


Największe zakupy czerwca, to zakupy z początków wyprzedaży w Bath & Body Works. Z pewnością dobrze wiecie, że uwielbiam tę markę i często sięgam po ich kosmetyki. Mam już swoich ulubieńców, więc tym razem sięgnęłam przede wszystkim po dobrze już sprawdzone produkty - zestaw żel i balsam z serii Aromatherapy Eucalyptus & Spearmint, o których pisałam już TUTAJ, a także balsamy do ciała w moich ulubionych zapachach - Pink Chiffon oraz Paris Amour. Jedyną nowością jest mydło w płynie w jesiennym wariancie Sweet Cinnamon Pumpkin, które, tak na marginesie, jest diabelnie wydajne! Używamy go od czerwca, czyli około trzech miesięcy, a nadal mamy jeszcze około połowy... :)


Po balsam brązujący z Lirene dla ciemnej karnacji sięgnęłam, kiedy jeszcze nie byłam zbytnio opalona. Balsam bardzo powoli daje efekt subtelnej opalenizny i nawet nie śmierdzi aż tak długo i tak intensywnie co inne balsamy tego typu. Lubię go, jest ok, choć nie wykluczone, że kiedy już go zużyję, to sięgnę po coś szybszego :)

Peeling morelowy marki Soraya, to produkt, który już kiedyś gościłam w swojej łazience i byłam z niego bardzo zadowolona! Kiedy więc trafiłam na niego w Biedronce w naprawdę niskiej cenie, to bez większego namysłu wrzuciłam go do koszyka. Jestem pewna, że nadal będę z niego tak samo zadowolona, jak wtedy, kiedy recenzowałam jego brata w wersji oczyszczającej KLIK.

Po kremy do rąk Anida sięgnęłam po kilku pozytywnych opiniach, znalezionych na blogach, oczywiście najbardziej zapamiętałam je dzięki Sylwii, która jest mistrzem w najdłuższym zużywaniu tubki kremu (KLIK - recenzja Sylwii) :D


Od pewnego czasu podstawą mojego makijażu są przede wszystkim podkłady mineralne. Przez kilka ostatnich miesięcy używałam podkładów Lily Lolo, jednak czytałam wiele dobrego również o produktach z Annabelle Minerals. Pamiętam, że kiedy marka pojawiła się na rynku, można było zamówić sobie próbki ich produktów jedynie za cenę przesyłki, więc skorzystałam, ale nie trafiłam wtedy ani na swój kolor, ani na odpowiednie wykończenie. Później jednak naczytałam się wiele pozytywów o wersji matującej podkładu AM, a dzięki Sylwii mogłam wypróbować odsypkę jednego z jaśniejszych odcieni, który uznałam za odpowiedni dla mnie. Postanowiłam zaryzykować i skusiłam się od razu na cały zestaw w atrakcyjnej cenie - wzięłam podkład w kolorze Natural Fair, róż Rose, korektor Light oraz pędzel do różu. Kupując cały zestaw pędzel wyszedł mi gratis, a zarówno pojemności, jak i ceny produktów Annabelle Minerals są bardzo atrakcyjne, wobec czego (po wypróbowaniu odsypki) nie bałam się już tej inwestycji :)


Powyższy zestaw kosmetyków Gosh otrzymałam od Pani Ewy, zajmującej się PR-em marki. Kosmetyki przywędrowały do mnie jako przeprosinowy upominek za baaaaaardzo długą wysyłkę nagrody, wygranej w konkursie u Kaczki z piekła rodem. Żeby było śmieszniej, zestaw okazał się być jeszcze bardziej atrakcyjny, niż sama nagroda, ponieważ znalazłam w nim piękną paletkę cieni w odcieniach fioletu, granatową kredkę Smokey Blue, pomadkę oraz piękny różowy lakier Oh My Gosh.


A oto i wspomniana nagroda - zestaw lakierów Gosh z serii Frosted! Otrzymałam aż pięć pięknych kolorów o ciekawym wykończeniu. Teoretycznie są to lakiery piaskowe, ale kolory są na tyle rozbielone, że efekt końcowy rzeczywiście przypomina nieco szron na paznokciach :)

swatche lakierów Gosh Frosted oraz Oh My Gosh
Powyżej prezentuję Wam wszystkie moje nowe lakiery Gosha na wzorniku, dzięki czemu myślę, że już teraz uda mi się zaspokoić częściowo Waszą ciekawość :)


Stała współpraca z marką Rimmel zaowocowała możliwością wypróbowania kolejnych nowości. Tym razem otrzymałam kolejne trzy lakiery z serii 60 seconds by Rita Ora w kolorach White Hot Love (już się nim z Wami podzieliłam), Breakfast in Bed oraz Don't Be Shy (absolutnie róż idealny!). W moje ręce wpadły również kredki do oczu z serii Exaggerate (o których pisałam ostatnio TUTAJ), a także czarny liner w słoiczku Scandaleyes i tusz Scandaleyes Rockin' Curves (którym również się z Wami podzieliłam :)).

Rimmel 60 seconds by Rita Ora
Powyżej prezentuję Wam swatche pięciu z sześciu posiadanych przeze mnie lakierów Rimmel z serii 60 seconds by Rita Ora. Jeśli chciałybyście poczytać więcej o którymś z nich, to dajcie znać w komentarzach :)


Lakiery Essie kupuję już coraz rzadziej, bo nagromadziłam już naprawdę pokaźną gromadę produktów tej marki, a poza tym kolejne kolekcje coraz mniej mnie porywają. Są jednak takie kolory, które nie od razu chwytają mnie za serce i które zyskują dopiero przy bliższym poznaniu. Tak też było z powyższą dwójką. Beżowo-piaskowy Spin The Bottle i dżinsowo-niebieski Truth Or Flare wpadły mi w oko dopiero u Sylwii, czyli mojej Essie-siostry, więc jak tylko natknęłam się na nie w Super-Pharm, to od razu porwałam je do koszyka. W obu kolorach czuję się zaskakująco dobrze i chętnie je noszę :)

Essie Truth or Flare oraz Essie Spin The Bottle
Powyżej oczywiście swatche. Dodam jeszcze, że lakiery należą do wiosennej kolekcji Essie Hide & Go Chic, z których pozostałą czwórkę prezentowałam już TUTAJ.


Do Natury zaglądam bardzo rzadko, ale od kilku miesięcy zapisywałam sobie na liście zakupów powody, dla których w końcu powinnam ją odwiedzić. Jednym z nich były pokazane wyżej kremy do rąk z Anidy, ale tym, co przyciągnęło mnie do tej drogerii był również niebieski tusz z Essence. Kiedy byłam w liceum, uwielbiałam malować rzęsy niebieskim tuszem z Avonu, później jednak trudno mi było znaleźć taki, więc wróciłam do czerni. Teraz z przyjemnością sięgnęłam znowu po kolor i właśnie ten tusz w dużej mierze zdominował mój urlopowy makijaż. Bardzo często towarzyszył mu też top coat z limitowanki Beach Cruiser, który sprawia, że każdy tusz do rzęs, który zostanie pokryty top coatem, staje się wodoodporny i muszę z przyjemnością przyznać, że ten patent zdecydowanie działa! To świetna opcja dla tych, którym nie odpowiada efekt delikatnego podkreślenia rzęs, który zwykle dają klasyczne wodoodporne tusze.

Rozświetlająca kredka pod łuk brwiowy z Catrice, to efekt tej samej wizyty w Naturze. Swego czasu naczytałam się sporo o kredce podobnego typu, którą oferuje Benefit, a parę lat wstecz Catrice już miało coś podobnego w jednej z edycji limitowanych, jednak nie udało mi się wtedy załapać. Tym razem skusiłam się i... no cóż, dobrze, że kupiłam Catrice, a nie Benefit, bo jednak zbyt rzadko sięgam po takie bajery, żeby wydawać na nie znacznie większe pieniądze, niż te kilkanaście złotych ;)

Matowa pomadka Bourjois Rouge Edition Velvet w kolorze Ole Flamingo, to dla odmiany efekt ogromnej promocji na produkty "naustne" z oferty Super-Pharm. Miałam nadzieję nosić ten kolor w czasie ślubu mojej przyjaciółki, ale niestety nie udało mi się na niego dotrzeć z powodów rodzinnych... :/ Chyba muszę zacząć nosić ją na co dzień, żeby mi się takie cudeńko nie zmarnowało... ;)


Kiedy spora część blogosfery uczestniczyła w konkursie na makijaż nowymi kosmetykami kolorowymi od Dr Ireny Eris, jak postanowiłam tym razem odpuścić sobie uczestnictwo. Znam swoje możliwości i znam uzdolnienia koleżanek blogerek, który odwaliły kawał dobrej roboty. Magda postanowiła jednak, że podeśle mi coś, z czego na pewno skorzystam, dzięki czemu miałam okazję również wypróbować kosmetyk z linii ProVoke. W moje ręce trafiła zgrabna paletka, zawierająca czwórkę cieni w odcieniach beżu i brązu. Cienie mają naprawdę piękne i bardzo bezpieczne, uniwersalne kolory, więc sprawdzą się z pewnością na wyjazdach. Są też naprawdę komfortowe w aplikacji i nawet niewprawna ręka (taka jak moja :P), nie powinna mieć z nimi problemów :)


Pomadki ochronne z Nivea, to kolejny produkt do którego co jakiś czas wracam. Wersja Vitamin Shake, to mój must have, ze względu na to, że pięknie nabłyszcza i nadaje odrobinkę koloru. Skusiłam się również na nowość Fruity Shine - wersję brzoskwiniową. Natomiast wersja z oliwkowa Pure & Natural, to ulubieniec mojego Michała, który twierdzi, że pomadka pachnie herbatą Earl Grey :)


Ostatnia już grupka nowości z czerwca, to prezenty, wylosowane na charytatywnym spotkaniu blogerek, zorganizowanym przez Olę z bloga HiDiamond. Miło czasami uczestniczyć w spotkaniu, mającym na celu pomoc tym, którzy tego potrzebują. Dzięki Oli, pieniądze, uzbierane ze sprzedaży losów, zostały przeznaczone na rzecz Stasia, chłopczyka, który urodził się bez rączek. Udało nam się uzbierać całkiem pokaźną sumkę, która na pewno pozwoliła pomóc choć na chwilę :)

Muszę przyznać, że trafiło mi się sporo przydatnych produktów. Częścią podzieliłam się z przyszłą teściową (mam nadzieję, że choć troszeczkę poprawiłam jej tym nastrój :)), a część poszła w obroty w czasie urlopu. Największą przyjemność sprawił mi jednak zestaw z The Body Shopu :) W końcu mam pełnowymiarowe masło o przepięknym, owocowym zapachu :)

***
Jeśli chodzi o czerwcowe nowości, to by było na tyle. Tyle dobrego w tym opóźnieniu, że spora część produktów już poszła w ruch, dzięki czemu, w kilku przypadkach, mogłam się z Wami podzielić również pierwszymi wrażeniami z użytkowania tych kosmetyków :)

Jak zawsze - dajcie znać, jeśli coś Was szczególnie zainteresowało lub jeśli używałyście któregoś z tych kosmetyków i chcecie się podzielić swoją opinią na ich temat :)
Karotka
Czytaj dalej

wtorek, 16 września 2014

Przegląd kredek do oczu - część I

Cześć Dziewczyny!

Przeglądając moje zasoby kosmetyczne, doszłam do wniosku, że jednym z najważniejszych kosmetyków kolorowych, które przewijają się w moim makijażu, a zaraz takim, po które sięgam codziennie są kredki do oczu. Mam ich całe mnóstwo, ciągle jakieś dokupuję, ciągle jakieś zużywam. Po niektóre z nich sięgam z ogromną ochotą, inne lubię, ale mogłabym się bez nich obyć. Zdarzają się też takiej, które zdecydowanie nie są warte uwagi. Ponieważ trudno byłoby mi rozwodzić się nad każdą z nich w osobnych postach (po prostu byłoby to nudne!), postanowiłam zrobić serię zbiorczych postów z krótkimi opiniami na temat poszczególnych kredek. Wszystkie kredki z pierwszej części są dostępne w drogeriach, więc jeśli któraś wpadnie Wam - nomen omen - w oko, to nie powinnyście mieć problemów z ich zakupem :)


Chociaż kredki, to must have w moim makijażu, musicie wiedzieć, że nie przepadam za intensywną kreską na górnej powiece, nawet tą rozmazaną (do malowania tych wyraźniejszych kresek używam linerów). Stosuję kredki przede wszystkim do podkreślenia dolnej powieki, a na górnej powiece zagęszczam jedynie linię rzęs (wtedy sięgam raczej po czerń lub brąz), dosłownie wkładając kredkę pomiędzy poszczególne rzęsy. Brzmi dziwnie, ale ten zabieg wygląda naturalnie i przyjemnie przyciemnia oko.


Lubię siebie w takim makijażu i - jak każdej kobiecie - zależy mi na jego trwałości, dlatego od pewnego czasu zaczęłam sięgać po bazę pod cienie, która utrwali kredkę na dolnej linii rzęs. Jeśli całość pociągnę jeszcze cieniem, to zazwyczaj mogę cieszyć się przyjemnym podkreśleniem praktycznie przez cały dzień. To znacząco przedłuża trwałość makijażu, a zarazem moje lepsze samopoczucie. Co jak co, ale oko lubię mieć podkreślone ;)


***
Rimmel - seria Exaggerate
262 Blackest Black
240 Aqua Sparkle


Seria Exaggerate całkiem niedawno pojawiła się na rynku wśród produktów marki Rimmel. W serii znajduje się kilka kolorów kredek automatycznych o różnych wykończeniach. Za pośrednictwem marki, w moje ręce trafiła klasyczna, kremowa czerń oraz piękny turkus z połyskującymi drobinkami. Obie kredki mają przyjemnie miękki grafit, który przyjemnie sunie po powiekach, nie drapiąc ich, ani nie powodując konieczności nachalnego naciągania skóry. Czerń jest zdecydowanie trwalsza i spokojnie mogę ją nosić przez cały dzień, natomiast turkus niestety znika gdzieś w ciągu dnia i po kilku godzinach mam na powiekach jedynie mgiełkę koloru. Na szczęście drobinki w nim zawarte nie mają tendencji do wędrowania wokół oczu.


Kredki są wyposażone w gąbeczkę, którą można rozetrzeć kreskę. Ja zazwyczaj nie korzystam z takich bajerów, więc mogę powiedzieć tyle, że gąbeczka jest miękka i zwarta, przypomina mi pacynki, dołączane do paletek Sleeka. Jeśli wyciągnięcie gąbeczkę, to znajdziecie również mini temperówkę, która pozwoli Wam zaostrzyć grafit w razie potrzeby.

Cena - 19,99 zł (wg Rossnet)

***
GOSH - Smokey Eye Liner
03 Smokey Plum
04 Smokey Blue


Kredki Gosha okazały się dla mnie naprawdę świetnymi produktami! To obecnie jedne z moich ulubionych kredek! Mają miękkie, nieco maślane grafity, które gładko rozprowadzają się po powiece, od razu zostawiając na nich intensywny kolor. Lubię w nich to, że są mimo wszystko dosyć ciemne, więc świetnie zastępują mi ukochany brąz lub klasyczną czerń. Ten mały kolorowy akcent wystarczy, żeby nieco ożywić codzienny makijaż. Kredki są naprawdę trwałe i świetnie się trzymają nawet bez wspomagaczy. Chętnie skuszę się na kredki z tej serii również w innych wariantach kolorystycznych, bo granat i śliwkowy fiolet są jak dla mnie genialne!

Te kredki należy temperować, ale na szczęście dobra temperówka świetnie sobie z nimi radzi. Kredki na szczęście nie łamią się zbyt łatwo i bez problemu nadacie im pożądany kształt i ostrość.


Kredki Smokey Eye Liner również zostały wyposażone w gąbeczki do rozcierania. Są one dosyć dziwne, bo sprawiają wrażenie mokrych i lekko tłustych, ale jednocześnie nie zostawiają widocznych śladów na skórze. Są znacznie bardziej zwarte, niż gąbeczki w kredkach z Rimmel, ale jednocześnie nadal są bardzo miękkie i raczej delikatne dla skóry.

Cena - 32,99 zł (wg kochamkosmetyki.pl)

***
Catrice - Eyebrow Lifter - 010 Lift Me Up, Scotty!
Pierre René - Eye_matic 2 - 02
Eveline - Eye Max Precision - Brown


Kredka Catrice Eyebrow Lifter, to właściwie kredka pod łuk brwiowy, ale czasami stosuję ją również jako rozświetlacz do wewnętrzego kącika oka lub na dolną linię wodną. Nie jest to najbardziej trwałe rozwiązanie, nawet pomimo użycia bazy, ale szczerze powiedziawszy mam ten problem z większością jasnych kredek, więc nie jest to dla mnie żadne zaskoczenie. Podoba mi się to, że kredka z Catrice jest całkowicie kremowa, a jej kolor, to nieco różowawy odcień beżu - dosyć naturalny. Jako że produkt jest przeznaczony pod brwi, grafit jest mięciutki, a sam produkt bardzo łatwo rozetrzeć do pożądanej intensywności. Również i w tym przypadku mamy do czynienia z kredką, którą należy temperować, ale korzystam z niej na tyle rzadko, że nigdy jeszcze nie miałam potrzeby tego robić...

Cena - 13,90 zł (wg KWC)



Kredka z Pierre René okazała się dla mnie czarnym koniem tego zestawienia. Otrzymałam ją ponad rok temu na jednym ze spotkań blogerskich, odłożyłam do pudełka i zapomniałam o niej, dopóki nie wykończyłam wszystkich brązowych kredek. Eye_matic 2 okazała się być naprawdę świetnym produktem i cieszę się, że miałam okazję ją przetestować. Jak tylko będę miała okazję, to z pewnością kupię ją ponownie ze względu na piękny, dość oryginalny odcień brązu. Odrobinę rudawy, choć nie przesadnie ciepły, a do tego wyposażony w mikroskopijne drobinki, połyskujące od czasu do czasu na złoto.

Kredka jest automatyczna, ale przez cały czas jej użytkowania nie czułam potrzeby, żeby ją zatemperować. Grafit jest miękki i delikatny dla oka.

Cena - 10,99 zł (wg ladymakeup.pl)


Kredka z Eveline niestety, ale zupełnie się u mnie nie sprawdziła. Pełna nadziei na kolejny hit (po Eveline sięgnęłam po wykończeniu kredki z Pierre René), sięgnęłam po Eveline i koszmarnie się zawiodłam. Kredka zupełnie nie chce się trzymać na moich powiekach, całkowicie spływa już po godzinie od wykonania makijażu i za nic ma to czy użyję bazy, czy utrwalę kreskę cieniem. Nic to, za każdym razem Eveline, zerkając w lustro, przekonywałam się, że kredkę owszem nadal miałam na sobie, ale niestety całkowicie pod oczami. Dla mnie to po prostu bubel, więc czym prędzej odłożyłam ją do pudełka, ale nie wiem czy sięgnę po nią nawet w tak zwaną czarną godzinę, bo jej stosowanie całkowicie mija się z celem... Jakby tego było mało, grafit kredki jest dość twardy i choć nakłada się ją nienajgorzej, to jednak komfort użytkowania jest znacznie niższy, niż w przypadku wyżej opisywanych kredek.

Eye Max Precision (o losie!) również wyposażono w gąbeczkę, ale ta jest twarda, sztywna i raczej nie przebije jakością pozostałej części produktu... ;)

Cena - 10 zł (wg KWC)

***
Poniżej zbliżenie na kolor każdej z kredek. Jak już wspominałam - moimi faworytami z poniższych są Pierre René oraz Gosh. Każdy z tych kolorów szalenie mi się podoba i po tę trójkę sięgam najchętniej spośród zaprezentowanych dzisiaj konturówek...


Jakie są Wasze ulubione kredki do oczu? Czy używałyście któryś z zaprezentowanych dzisiaj przeze mnie konturówek? Jak zawsze czekam na Wasze opinie, a sama postaram się wkrótce przygotować drugą część zestawienia, obejmujące m.in. produkty z Avon, Oriflame, Paese czy Misslyn.
Karotka
Czytaj dalej

poniedziałek, 15 września 2014

Models Own - Polish For Tan - Shades [swatche]

Cześć Dziewczyny!
Znowu mam dla Was to, co lubicie najbardziej (no, może poza postami z nowościami), czyli lakier! Tym razem lakier marki, której na blogu jeszcze nie było - Models Own! Mój pierwszy lakier tej marki przygarnęłam już prawie rok temu i był to uroczy kolor Utopia. Wszystko zapowiadało się pięknie, ale aplikacja tego lakieru doprowadzała mnie do szewskiej pasji, wobec czego przyrzekłam sobie, że nigdy więcej nie sięgnę po lakiery tej firmy. Do czasu... Trzymałam się całkiem dzielnie, dopóki Models Own nie wypuściło na rynek neonowej kolekcji letniej - Polish For Tan! Jednym z dwóch kolorów, które zdecydowałam się przygarnąć był piękny Shades, który dzisiaj zaprezentuje Wam się z bliska :)


KOLOR I KRYCIE:
Shades, to piękny koralowy odcień, w którym mieszają się przede wszystkim róż z pomarańczą. W zależności od światła, kolor zmienia się, poruszając się pomiędzy jednym a drugim z tych odcieni. Lakier jest całkowicie kremowy, nie ma żadnych drobinek, a jego wykończenie jest półmatowe, może nawet nazwałabym je satynowym. Choć wygląda to całkiem ładnie, uznałam, że nie mam ochoty czekać aż lakier sam wyschnie i wspomogłam się wysuszaczem, stąd błysk :)
Do pełnego pokrycia płytki potrzebowałam dwóch wartsw lakieru. O ile pierwsza nakłada się całkowicie bezproblemowe i nawet jakoś szczególnie się nie rozlewa, tak druga wymaga już naprawdę sporo uwagi, bo niestety lakiery Models Own lubią zostawiać smugi i nierówności...

PĘDZELEK:
Pędzelek należy do tych raczej szerszych, ale wyjątkowo tym razem nie mogę powiedzieć, żeby był on dla mnie szczególnie wygodny. Muszę się mocno skupiać w trakcie malowania, żeby nie zamalować sobie całych skórek, bo niestety, ale łatwo tracę kontrolę nad tą miotełką... ;)

KONSYSTENCJA:
Lakiery Models Own mają to do siebie, że są dosyć gęste, w związku z czym ich obsługa jest mocno problematyczna. Jak już wspomniałam - o ile z pierwszą warstwą można sobie poradzić, tak druga jest już mocno upierdliwa (choć przecież niezbędna ;)). Pędzelek lubi ściągać wcześniejszą, już podsychającą warstwę, druga warstwa tworzy przez to nierówności i generalnie jest zabawa na całego... Pewnym wyjściem z sytuacji jest wcześniejsze schłodzenie lakieru w lodówce... Przyznam, że ten sposób pomógł mi trochę opanować cyrk, które wyczynia ten lakier w trakcie aplikacji i ostatecznie sprawił, że miałam cierpliwość użyć tego lakieru już kilkukrotnie, ale nie zmienia to mojej ogólnej opinii o lakierach Models Own - nie polubimy się i już...


TRWAŁOŚĆ:
Dochodzimy do kolejnego punktu, który w moim przypadku przemawia na niekorzyść lakierów tej marki - trwałość. Niestety, ale najwyraźniej nie jesteśmy dla siebie stworzeni, ponieważ Shades trzymał się na moich paznokciach nie dłużej, niż dwa dni... Biorąc pod uwagę fakt, że lakiery Essie noszę zwykle od 4 do 7 dni, Models Own wypada słabiutko. Znowu.


ZMYWANIE:
W tym miejscu w końcu mogę odetchnąć, bo zmywanie tego lakieru było - na szczęście - i choć raz - czystą przyjemnością. Zero przebarwień, zero rozmazywania, wszystko schodzi łatwo i szybko.
CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
W Polsce lakiery marki Models Own są dostępne, póki co, tylko przez internet. Znajdziecie je między innymi w Maani.pl oraz w Minti Shopie. Zazwyczają koszt jednej buteleczki, to 25 zł, ale dość często można trafić na drobne promocje, szczególnie na Maani.pl





No i kurczę... Co mam powiedzieć... Kolor nieziemsko mi się podoba i dobrze się czułam mając go na paznokciach. Świetnie mi się go nosiło na wakacjach, ale żałuję, że trzymał się mnie tak krótko. Przy tylu problemach z aplikacją stwierdzam, że nawet kolor nie jest w stanie przekonać mnie do zadawania sobie regularnej tortury... :D Wiem, że są osoby, który bardzo lubią te lakiery, które nie mają z nimi takich problemów i dla których konsystencja MO jest wręcz zaletą, ale ja niestety do nich nie należę.

Models Own - nie polubię Cię, jak powiedzieć prościej? ;)
Koniecznie napiszcie jakie są Wasze doświadczenia z tymi lakierami? Do której grupy należycie - do tych, którym Models Own nie sprawiają żadnych problemów, czy tych, których aplikacja tych lakierów i ich trwałość doprowadza na skraj załamania nerwowego... ;)
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 11 września 2014

Iwostin - Sensitia - krem intensywnie nawilżający SPF 20

Cześć Dziewczyny!

Znowu pomęczę Was pielęgnacją! Dawno już nie miałam takiej weny na pisanie recenzji pielęgnacyjnych, a ponieważ przez ostatnie miesiące przez moje ręce przewinęło się sporo dobrych i ciekawych produktów, to pisanie od razu staje się przyjemniejsze :) Tym razem chciałabym podzielić się z Wami moją opinią na temat kremu intensywnie nawilżającego z linii Sensitia od Iwostinu.
Być może pamiętacie, że jestem ogromną fanką kremu nawilżającego z serii A od Pharmaceris, dlatego poprzeczka ustawiona produktowi z Iwostinu była postawiona dosyć wysoko, a jak to się wszystko skończyło? :)

Informacja od producenta:

DZIAŁANIE:
Produkt z Iwostinun okazał się naprawdę godnym zamiennikiem mojego dotychczasowego ulubieńca, ponieważ naprawdę dobrze spisywał się w codziennej pielęgnacji mojej twarzy. W czasie wakacji używałam go na różne sposoby, tylko na dzień, tylko na noc, a nawet nie raz jako krem dzienno-nocny. W każdej z tych sytuacji sprawdzał się bardzo dobrze - nie obciążał mojej cery i nie powodował wzmożonego przetłuszczania się skóry, czego zwykle obwiam się najbardziej przy stosowaniu kremów nawilżających, zwłaszcza na dzień. Oczywiście to nie to samo działanie, co przy stoso kremie matującym, ale znając wcześniejsze reakcje mojej cery na kremy nawilżające, mogę stwierdzić, że jej obecna skłonność do przetłuszczania się po zastosowaniu tego kremu mieści się w akceptowalnej dla mnie normie :)
Jeśli chodzi o działanie nawilżające, to dla mnie było ono satysfakcjonujące, aczkolwiek podkreślam, że jestem posiadaczką cery mieszanej, której bliżej do tłustej, niż do suchej, dlatego posiadaczki suchych skór mogą odczuwać potrzebę sięgnięcia po produkt o silniejszym działaniu.
Podczas stosowania kremu Iwostin Sensitia nie zaobserwowałam wzmożonego powstawania wyprysków, choć pojawiały się, to jednak moim zdaniem problem leży zupełnie gdzie indziej, bo problemy te występują u mnie najczęściej niezależnie od stosowanych produktów (podejrzewam, że to kwestia hormonów, które wypadałoby skotrolować...).
Z pewnością sporą zaletą kremu Sensitia jest fakt wyposażenia go w filtr przeciwsłoneczny o wartości SPF 20, co jest zdecydowanie przyzwoitym filtrem, zwłaszcza dla kogoś, kto najczęściej kontakt ze słońcem ma tylko w drodze z domu do metra i z metra do biura... ;)


KONSYSTENCJA:
Krem ma dosyć lekką konsystencję, na pewno nie jest tłusty i w żadnym momencie nie sprawia takiego wrażenia. Na twarzy rozsmarowuje się całkiem sprawnie, choć początkowo tworzy drobne smugi, ale te na szczęście szybko się wchłaniają, pozostawiając skórę zdrowo połyskującą. Nie matową, ale też nie błyszczącą.


OPAKOWANIE:
Produkt umieszczono w miękkiej tubce o pojemności 50 ml. Ku mojej uciesze, jest ona zakończona nakrętką z klapką, co jest dość wygodnym rozwiązaniem. Produkt przez cały czas łatwo wydobyć z opakowania, a sama tuba jest na tyle miękka, że w razie potrzeby swobodnie można ją nieco pozaginać i dostać się do resztek kremu ;) Sam design opakowania jest mocno minimalistyczny, jak to zwykle bywa z produktami aptecznymi, ale według mnie nadal jest po prostu przyjemny dla oka.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Produkt dostaniecie w większości aptek, zarówno stacjonarnych, jak i internetowych. Jego cena kształtuje się na poziomie 40-50 zł, co jest - moim zdaniem - raczej przystępną ceną, jak za produkt apteczny i nie wyróżnia się w tym miejscu spośród większości polskich marek aptecznych.


WYDAJNOŚĆ:
Krem, z racji dość sporej pojemności, jest bardzo wydajny. Stosuję go już co najmniej pełne trzy miesiące, sięgając po niego prawie codziennie, a nadal trochę mi go zostało. Myślę, że jest szansa na to, że zostanie ze mną nawet do końca września.

SKŁAD:
To moje kolejne udane spotkanie z marką Iwostin, niedługo postaram się napisać Wam co nieco o kremie matującym z serii Purritin, którego druga tubka już niedługo dosięgnie dna. Muszę przyznać, że ostatnio coraz częściej, szukając kosmetyku do pielęgnacji twarzy, zerkam na apteczne propozycje i z miłym zaskoczeniem odkrywam, że nasze polskie marki apteczne prezentują szeroką, dobrą jakościowo i jednocześnie przystępną cenowo ofertę. Jednocześnie zauważyłam też, że w kwestiach pielęgnacji cery (przede wszystkim, jeśli chodzi o kremy!) mam do nich aktualnie znacznie większe zaufanie, niż do produtków drogeryjnych.
A jaki jest Wasz stosunek do produktów aptecznych? Czy budzą w Was większe zaufanie, niż produkty drogeryjne, czy może jest Wam to obojętne? A może, podobnie jak ja, sięgacie na półkę apteczną tylko w przypadku pielęgnacji konkretnego obszaru ciała? Czekam na Wasze komentarze! :)
Karotka
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast