wtorek, 12 lutego 2013

Essie - Jamaica Me Crazy - kolekcja Dive Bar - Holiday 2011 [swatche]

Cześć Wam!

Ostatnimi czasy ciągle przybywają do mnie nowe buteleczki lakierów, wobec tego mam nadzieję, że uda mi się je przybliżać je Wam w miarę na bieżąco, bo nieskromnie powiem, że zbieram same pięknotki! Jednym z najnowszych nabytków jest przepiękny kolor, na który skusiłam się po zobaczeniu go u Mani. Tym razem przedstawiam Wam Essie - Jamaica Me Crazy! :)



KOLOR: Jamaica Me Crazy, to piękny i dość niejednoznaczny kolor. Moim zdaniem jest to lakier o fioletowej bazie, który czasami lubi udawać nieco przyciemnioną fuksję. W lakierze zatopione jest całe mnóstwo drobinek, a może raczej pyłków, opalizujących na fioletowo i różowo. To, co najbardziej mnie cieszy, to to, że tym razem drobinki naprawdę widać! I nie trzeba przy tym biegać po słońcu z lupą w ręku, żeby je dostrzec. One tam naprawdę są i pięknie się mienią, choć niezbyt nachalnie, a już na pewno nie tandetnie. Oczywiście na zdjęciach nie odnajdziecie nawet połowy ich uroku, więc najlepiej by było, gdybym
odesłała Was do szafy Essie, żebyście sobie poobracały trochę buteleczkę JMC, bo ten lakier na paznokciach wygląda dokładnie tak samo :) 

Moim zdaniem to bardzo wdzięczny kolor, który nie daje się przyporządkować do żadnej konkretnej pory roku. Tak samo dobrze będzie się prezentować latem, jak i teraz - zimą.




PĘDZELEK: Wersja europejska, czyli szeroki i bardzo wygodny! Tyle razy go chwaliłam, że pewnie już dobrze wiecie, że jest moim faworytem :)

KRYCIE: Bardzo dobre. Już jedna warstwa na krótkich paznokciach mogłaby uchodzić za wystarczającą, jednak z doświadczenia wiem, że dwie zawsze wyglądają lepiej, pogłębiają kolor i przedłużają żywotność lakieru (końcówki!). Na zdjęciach dwie warstwy.

KONSYSTENCJA: W sam raz. Ani zbyt rzadka, ani zbyt gęsta. Choć warto zaznaczyć, że mój lakier jest nowy, ale egzemplarz Mani (która przekonała mnie do kupna tego koloru) po kilku miesiącach trochę zgęstniał. Mi nie zdarzyło się to jeszcze z żadnym z posiadanych przeze mnie Essie, ale mimo wszystko lojalnie ostrzegam, że ktoś coś gdzieś kiedyś zaobserwował... :)





TRWAŁOŚĆ: Jamaica Me Crazy wytrwał na moich paznokciach 5 dni, z czego po czterech pojawiły się drobne ubytki, a końcówki nieco się starły, ale nie miałam czasu, żeby malować paznokcie na nowo, więc zaryzykowałam dzień piąty i opłaciło się, bo lakier nadal wyglądał dość przyzwoicie, choć już nie tak atrakcyjnie,  jak tuż po malowaniu.

ZMYWANIE: Łatwe. Nieco bardziej utrudnione, niż w przypadku bezdrobinkowych lakierów, ale mimo wszystko o niebo łatwiejsze, niż zmywanie brokatów! Drobinki stawiają opór tylko przez kilka/kilkanaście dodatkowych sekund, po czym wszystkie z łatwością ustępują. Lakier nie rozmazuje się i nie brudzi skórek.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
35zł/Super-Pharm; 32zł/HEBE; 50zł/Douglas;

Widzę, że wszystko zależy od ustawień monitora - na jednych kolor jest żywszy, na innych lekko zamglony, ale bliższy prawdzie jest żywy odcień fuksjofioletu. A drobinki są oczywiście dużo bardziej widoczne i urokliwe.






I jak Wam się widzi taka propozycja na najbliższe miesiące? Uważacie, że ten kolor jest raczej uniwersalny, czy jednak widzicie dla niego konkretną porę roku? :)
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 11 lutego 2013

Pharmatheiss Cosmetics - Granatapfel - masło do ciała

Witajcie Dziewczyny!

Nie wiem, jak Wam, ale mi ten tydzień zaczął się wyjątkowo marudnie i nerwowo. Wszystko dziś doprowadza mnie do szału, więc w ramach relaksu przyspieszyłam pisanie postów i zamiast pisać na jutro, dzielę się z Wami tym, co mam już dziś ;)


Dzisiaj zapoznam Was z produktem, który początkowo zupełnie nie zdobył mojego uznania, żeby później po cichaczu wkraść się do moich styczniowych ulubieńców, co zaskoczyło nawet mnie samą. Mowa o maśle do ciała z linii Granatapfel od Pharmatheiss Cosmetics, czyli kolejnym produkcie z paczki, którą otrzymałam do przetestowania w połowie listopada.


DZIAŁANIE: Masło dobrze nawilżała moją skórę, pozostawiając ją gładką i przyjemnie pachnącą. Moja skóra nie należy do najbardziej wymagających, ale raz na jakiś czas upomina się o bardziej treściwy kosmetyk. Nie mam również skłonności do przesuszeń. Pomimo tego, że produkt jest raczej przeznaczony do suchej skóry, moja również była zadowolona z jego działania.

Co najzabawniejsze, nie od razu się polubiliśmy. Na początku produkt nie zrobił na mnie większego wrażenia, ot kolejne przyzwoite mazidło. Najwyraźniej jednak wystarczyło kilka tygodni więcej, żeby sezon grzewczy i mrozy dały mojej skórze w kość. Masło świetnie koiło moje ciało po kąpieli i pozostawiało uczucie komfortu.

To, co na początku szczególnie zniechęcało mnie do tego produktu, to fakt, że masło bardzo długo się wchłania i bieli skórę, dlatego stosowałam je tylko na noc. Teraz jednak okazało się, że pomimo braku widocznych zmian, spowodowanych zmienną temperaturą i niesprzyjającą pogodą (typu przesuszenia etc.), moja skóra zaczęła łaknąć czegoś więcej, niż zwykły lekki balsam. Wraz z pojawieniem się tej potrzeby, wszystkie powyższe cechy, które wcześniej były dla mnie wadami tego produktu, okazały się być dużo mniej uciążliwe i zauważalne. Być może wszystko zależy od tego, jak bardzo Wasza skóra potrzebuje nawilżenia i odżywienia. Jeśli jest normalna, to to masło może być dla niej uszczęśliwianiem na siłę ;)


KONSYSTENCJA: Kremowo-maślana. Nie jest to typowe zbite masło, ale konsystencja jest zdecydowanie bardziej gęsta, niż konsystencja balsamu. Przejawia się to również we wspomnianym powyżej bieleniu skóry i wolnym wchłanianiu się produktu.

KOLOR/ZAPACH: Masło jest koloru białego, w tej kwestii nie ma żadnych szaleństw :)Producent teoretycznie sugeruje, że ten produkt pachnie granatem, jednak mi brakuje tu goryczki typowej dla tego owocu. Zamiast tego mam słodki, ale też nieco orzeźwiający, bliżej nieokreślony owocowy zapach, kojarzący mi się z kosmetykami naturalnymi.


OPAKOWANIE: Masła znajduje się w plastikowym słoiku o zawartości 300ml. Metalowa nakrętka dodaje mu uroku i utrzymuje produkt w stylistyce właściwej dla całej linii Granatapfel. Nie mam nic przeciwko słoiczkom, poza tym myślę, że przy tak gęstej konsystencji żaden inny rodzaj opakowania nie miałby racji bytu, a ze słoiczka łatwiej porcjować produkt, kontrolować jego zużycie, a przede wszystkim można go wykorzystać do ostatniej kropli.


WYDAJNOŚĆ: Moim zdaniem produkt jest bardzo wydajny, choć uczciwie przyznaję, że nie używam go codziennie. Zazwyczaj stosuję go zrywami, mniej więcej po dwa tygodnie ciągiem, a potem około tygodnia przerwy. Przy takim stosowaniu nadal mam jeszcze nieco ponad połowę opakowania, a sam produkt trafił do mnie w połowie listopada. Trudno mi obiektywnie oszacować jego zużycie przy codziennym stosowaniu, jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa określiłabym jego wydajność na co najmniej dwa miesiące.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ: Niestety jest to drogi produkt, zdecydowanie przewyższający moje przeciętne wydatki na pielęgnację. Jego cena w aptekach internetowych oscyluje w okolicach 80zł. Dostępny m.in. w Hebe i na DOZ.pl. Pełen spis aptek znajdziecie TUTAJ.


SKŁAD:


CZY KUPIĘ PONOWNIE: Nie. Pomimo tego, że w ostatecznym rozrachunku bardzo polubiłam ten produkt, to jednak nie sądzę, żeby potrzeba tak silnego nawilżenia i odżywienia utrzymała się u mnie na dłużej. A jeśli nawet, to mam jeszcze całą masę innych produktów, które czekają na swoją kolej, wobec tego zwyczajnie nie stać mnie na tak drogi zakup, mając w zanadrzu co najmniej 10 innych mazideł, które przecież również chcę i musze zużyć. Nie zmienia to jednak faktu, że spotkanie z masłem Granatapfel było bardzo satysfakcjonującą przygodą i z przyjemnością zużyję ten produkt do końca.

Podsumowując:
+ dobre nawilżenie i odżywienie skóry;
+ przyjemny, owocowy zapach;
+/- treściwa konsystencja, która często bieli skórę;
- wolne wchłanianie się;
- wysoka cena;


A Wy skusiłyście się w końcu na jakieś kosmetyki tej marki? Czy tak wysokie ceny kosmetyków do pielęgnacji odstraszają Was od zakupu, czy raczej budzą Wasze zaufanie - w myśl zasady - im droższy produkt, tym wyższa jakość?
K.

Produkt otrzymałam do testów od agencji reprezentującej markę Pharmatheiss Cosmetics.
Czytaj dalej

niedziela, 10 lutego 2013

LUSH - Angels On Bare Skin

Cześć Dziewczyny!

Pora na recenzję kolejnego produktu Lush, który wpadł w moje ręce - tym razem weźmiemy na warsztat słynny czyścik do twarzy - Angels on Bare Skin. Jest to chyba jeden z najbardziej popularnych kosmetyków z tego sklepu, po który wiele osób sięga w ramach pierwszego kontaktu z Lush.

Ja sama również miałam ten produkt na liście, kiedy odwiedziłam Lush podczas wakacji w Rzymie, jednak z różnych powodów ostatecznie odrzuciłam pomysł jego kupna. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze, jak to mówią i ostatecznie na zakup AOBS zdecydowałam się pod koniec listopada, biorąc udział we wspólnych wizażowych zakupach. Czy ten hit sprawdził się również i u mnie? Zapraszam do dalszej części recenzji! :)


Co to w ogóle jest?
Jestem przekonana, że większość z Was doskonale wie, do czego służy czyścik Angels On Bare Skin, jednak nie mogę pominąć osób, które zwyczajnie nigdy wcześniej nie interesowały się tą marką. W ramach dużego skrótu ujmę to tak - AOBS, to pasta, zrobiona w dużej mierze z naturalnych składników, przeznaczona do oczyszczania twarzy. Można ją stosować codziennie, albo co kilka dni, wedle uznania i upodobania, ważne jednak, żeby pamiętać, że ze względu na dużą ilość naturalnych składników czyścik należy zużyć w ciągu 3 miesięcy od daty produkcji. Informację o dacie przydatności odnajdziecie na każdym słoiczku wraz z wizerunkiem osoby, która przygotowała dla nas produkt.

 

SPOSÓB UŻYCIA: Używam tego produktu mniej więcej tak, jak zaleca producent, czyli odrywam kawałek o wielkości mniej więcej ziarna fasoli i mieszam go w załamaniu dłoni z dosłownie kilkoma kroplami wody (4-5 kropli). Każdy sam musi wyczuć, jaka konsystencja najbardziej mu odpowiada. Ja swoją pastę ugniatam na dłoni tak, żeby jak najlepiej wymieszać ją z wodą, a później taką papkę aplikuję na zwilżoną twarz. W ten sposób najłatwiej rozprowadzić produkt, a nierozpuszczone resztki łatwiej przylgną do buzi.

Zwykle używam tego produkt jak żeli do mycia twarzy, ale można również wykonać nim nieco dłuższy masaż, ponieważ, dzięki zawartości rozdrobnionych migdałów, produkt ma delikatne działanie peelingujące. Czasami zdarzało mi się również zostawić produkt na twarzy na ok. 5-10 minut jako maskę, co ma sens ze względu na zawartość różnych olejków, m.in. różanego i lawendowego.


DZIAŁANIE: Produkt przyjemnie i dość skutecznie oczyszcza buzię z resztek makijażu, choć muszę przyznać, że dla pewności wolę przemyć twarz wcześniej płynem micelarnym. Częściej również używam tego czyścika rano, niż wieczorem. Trochę brakuje mi do niego zaufania w tej kwestii, jeśli chodzi o solowe działanie... Trzeba mu jednak przyznać, że po jego użyciu, cera jest przyjemnie miękka, zrelaksowana i odświeżona. 

Lubię ten produkt, jednak nie do końca rozumiem tak wszechobecne zachwyty na jego temat. Owszem, jest to fajna odmiana od tradycyjnych żeli, ale ja nie czuję się przekabacona ;) Traktuję go raczej jako przyjemną ciekawostkę, do której można raz na jakiś czas powrócić.

To, co istotne dla wielu z Was, to fakt, że po użyciu tego czyścika, nawet pomimo kontaktu z wodą, moja skóra nie była ściągnięta, a komfortowe uczucie miękkości nie ustępowało nawet po dłuższym czasie (mam na myśli kilkanaście minut pomiędzy umyciem twarzy, a zaaplikowaniem kremu). Pamiętajcie jednak, że mam cerę mieszaną, która skłania się bardziej w kierunku tłustej, więc ściąganie skóry rzadko jest moją zmorą.


KONSYSTENCJA: Angels on Bare Skin, to bardzo gęsta i mocno zbita pasta, z bardzo dużą ilością suszonej lawendy, która również pełni rolę dodatkowego "masażera". Żeby wyjąć ze słoiczka porcję produktu rzeczywiście trzeba go najpierw oderwać od tej zbitej masy.

KOLOR/ZAPACH: Czyścik ma delikatnie szarobury kolor, przeplatany gdzieniegdzie kwiatami lawendy i tak też pachnie, co jeszcze potęguje zawartość olejku lawendowego. Mimo wszystko mam wrażenie, że kaolin, czyli glinka biała również przebrzmiewa gdzieś w tej lawendowej kompozycji.


OPAKOWANIE: Produkt dostajemy w czarnym, plastikowym słoiczku o zawartości 100g. Wydobycie produktu nie sprawia w tym przypadku żadnego problemu. Słoiczek łatwo się odkręca i dość szczelnie chroni produkt przed powietrzem.

WYDAJNOŚĆ: AOBS mam od dwóch miesięcy, ale nie używałam mojego czyścika codziennie, więc trochę zaniedbałam wyrobienie się w terminie, ale już niewiele mi zostało. Mimo wszystko myślę, że osoby, które używałyby tego produktu codziennie mogą liczyć na to, że wystarczy im na ok.1,5 miesiąca.


CENA/DOSTĘPNOŚĆ: 6,25 funtów/9,75 euro, tylko w salonach Lush lub poprzez sprzedaż wysyłkową (również zbiorowe zamówienia na Wizażu).

SKŁAD:

CZY KUPIĘ PONOWNIE: Hmmm... Pewnie kiedyś tak, ale wcześniej wolałabym wypróbować inne specyfiki tej marki, przeznaczone również do oczyszczania cery, m.in. polecanej przez Hexxanę Aqua Marina (KLIK). Angels on Bare Skin jest produktem dobrym, przyjemnych, ale nie uwiódł mnie aż tak bardzo, jak maska Catastrophe Cosmetic (KLIK), więc nie będzie to produkt, do którego będę wracać w pierwszej kolejności.

Podsumowanie:
+ miękka, wygładzona cera;
+ delikatne działanie peelingujące;
+ nie podrażnia;
+ nie ściąga skóry;
+ dość dobrze oczyszcza i odświeża;
+ przyjemnie pachnie;
+ bardzo dobra wydajność;
+ możliwość użycia na różne sposoby;
- dostępność - bo cóż innego - po prostu chcemy Lush w Polsce i już! ;)

Jak widać, w podsumowaniu same plusy, ale mimo wszystko moje zachwyty są dość umiarkowane. Chyba spodziewałam się czegoś więcej po tak szerokich zachwytach, które zewsząd do mnie docierały, a to po prostu dobry i przyjemny produkt, a  nie żaden cud natury ;)

A Wy miałyście już AOBS? A może stosowałyście inny czyściki i mogłybyście mi polecić swojego ulubieńca? Czy Wy też przebieracie nogami, nie mogąc się doczekać na tę firmę w Polsce? :)
K.


Czytaj dalej

czwartek, 7 lutego 2013

Styczniowe denka!

Zmierzamy do końca podsumowań stycznia! Tym razem denko, a raczej ogromne dno, bo w styczniu zużyłam aż 20 produktów! Muszę przyznać, że aż jestem z siebie dumna! Jeśli cały rok pójdzie mi tak dobrze, jak ten pierwszy miesiąc, to jest spora szansa na odgruzowanie nieco szafek, pudełek, półek, pralek i innych schowków... ;))

Przede wszystkim w styczniu wykończyłam nie tylko produkty zużywane na bieżąco, ale również kilka resztek, które wygrzebałam tylko z półki, z której najczęściej korzystam. Myślę, że to jednak dobra metoda, żeby wyznaczać sobie grupę zapomnianych produktów do wykończenia.


W lutym zamierzam zrobić gruntowny przegląd tego, co mam w szafkach i wyznaczyć sobie kilka dodatkowych kosmetyków, o których z różnych powodów kiedyś zapomniałam, a które skutecznie zajmują miejsce. Dodatkowo zamierzam nadrobić recenzje denkowanych produktów. Bo jeśli nie napiszę ich tuż po wykończeniu produktu, to nie napiszę ich już nigdy... ;)


1./2. Pianka myjąca z linii Sweet Pea; Bath & Body Works (od 19 do 29zł; 259ml).
Zarówno ja, jak i mój M. uwielbiamy zarówno ten produkt, jak i sam jego zapach. Pianka jest bardzo delikatna i szalenie pachnąca, dzięki czemu tak podstawowa czynność, jak mycie rąk staje się bardzo przyjemnym i relaksującym doznaniem. Pianka nie wysusza dłoni i jej w mojej opinii bardzo wydajna, jak na produkt tego typu, ponieważ my każdą z nich zużywaliśmy co najmniej przez 2 miesiące. Pełną recenzję tego produktu znajdziecie TUTAJ.

Następca: ten sam produkt;


3. Maska z wyciągiem z jedwabiu; Isana (8,50zł; 150ml).
Z tą maską łączyła mnie prawdziwa love-hate relationship. Stosując dokładnie taką samą pielęgnację jednym razem byłam zachwycona, a moje włosy świetnie się układały i pięknie połyskiwały, a innym razem nie widziałam żadnych efektów. Kupię ją ponownie, żeby ostatecznie wyrobić sobie o niej zdanie, bo podobało mi się to, co robiła z moimi włosami w te "dobre" dni.

Następca: maska z pszenicą z Isany;

4. Odżywka do włosów suchych z aloesem i hibiskusem; Alverde (ok.2,50 euro; 200ml).
Ta odżywka świetnie sprawdziła się na moich włosach! Po jej zastosowaniu były mięciutkie, nawilżone i mięsiste w dotyku. Jeśli tylko nadarzy się jeszcze okazja na zakupy produktów z DM, to z pewnością wrócę do tego produktu.

Następca: aktualnie zużywam kurację z tej samej serii;


5. Ujędrniający peeling myjący MaXSlim; Lirene (ok.15zł; 200ml).
Bardzo dobry i skuteczny zdzierak! Ten produkt przypomniał mi, że peelingu cukrowe nie są jedynymi słusznymi "usuwaczami" martwego naskórka i że nie zawsze trzeba walczyć z czasem i roztapiającymi się drobinkami. Peeling od Lirene miał przyjemny, orzeźwiający cytrusowy, choć nieco chemiczny zapach. Jeśli chodzi o obietnice ujędrniania, to wiadomo, w cuda nie wierzę, ale masaż strategicznych okolic z użyciem tego produktu z pewnością pobudzał krążenie, co w dalszym etapie wzmagało wchłanialność produktów antycellulitowych lub ujędrniających wmasowywanych po kąpieli. Na pewno do niego wrócę, ale najpierw sięgnę po peelingi z innych serii Lirene.

Następca: szarlotkowy peeling Sweet Secret z Farmony (powrót po przerwie);

6. Głęboko nawilżające mleczko do ciała Body Art; Dr Irena Eris (ok.55zł; 200ml).
Przyjemne i przyzwoite mleczko, które jednak nie robi szału i z pewnością nie poradzi sobie z ekstremalnie suchą i wymagającą skórą. Moja była zadowolona, ale nie widzę większej różnicy między tym produktem, a chociażby mleczkami, czy balsamami z siostrzanej marki Lirene. Więcej wkrótce z recenzji. Nie kupię ponownie, ze względu na zbyt wysoką cenę.

Następca: balsam ujędrniający MaXSlim od Lirene; masło do ciała Granatapfel Pharmatheiss Cosmetics (powrót po przerwie);


7. Żel pod prysznic o zapachu pomarańczy i lukrecji; Original Source (ok.8-9zł; 250ml).
Bardzo lubię żele z Original Source! Nie tylko dobrze myją ciało, co jest ich głównym zadaniem, ale również uwodzą gamą zapachów i oryginalnych połączeń. Nie inaczej jest z limitowaną pomarańczą z lukrecją, która urzeka swoją słodyczą. Niedługo napiszę więcej o żelach z OS, więc nie będę się tutaj zbytnio rozpisywać. A zakup już ponowiłam! :)

8. Żel pod prysznic z guawą; Balea (ok.1 euro; 300ml).
O żelach Balea mogłabym napisać właściwie to samo, co o tych z Original Source, tyle, że Balea różni się tym, że nie jest u nas ogólnodostępna i oferuje o wiele szerszy wybór zapachów! Myślę, że w ofercie tej marki każdy znalazłby coś dla siebie. O ile poprzednim żelem tej marki (o zapachu mango) byłam zachwycona, tak ten po prostu lubiłam. Teoretycznie zapach w butelce był przyjemnie świeży, jakby lekko cytrusowy, ale łatwo koncentrował się w małej powierzchni łazienki. Wszystko byłoby ok, gdyby nie zdarzało mu się ewoluować do dziwnego cytrusowo-kwaskowatego zapachu, który przypominał zapach znoszonych skarpetek... których kilkukrotnie poszukiwałam w naszej łazience, sądząc, że coś przegapiłam wstawiając pranie... Później okazało się, że to "tylko" opary tego żelu. No cóż... W kąpieli był ok, ale to, co było czuć w łazience później, przyprawiało mnie o mdłości... :P Do tego zapachu nie wrócę, ale po Baleę jeszcze sięgnę przy najbliższej okazji.

Następcy: imbirowy żel pod prysznic z The Body Shop; żel + oliwka z mango od Lirene;


9. Oczyszczający peeling do twarzy Optimals; Oriflame (od 20 do 30zł; 75ml).
Ten produkt to stosunkowo dobry peeling, jednak zdecydowanie nie w tej cenie. Nawet cena promocyjna nie jest atrakcyjna w porównaniu do tego, co możemy znaleźć na drogeryjnej półce. Ten produkt dość dobrze ściera martwy naskórek, jednak wymaga przy tym sporej uwagi, ponieważ dość mocno drapie skórę, co jednak niekoniecznie przekłada się na skuteczność złuszczania. Mam wrażenie, że ten peeling ma za duże drobinki i że jest ich za mało, żeby dotrzeć w każde miejsce i wykonać dobrze swoje zadanie. Zdecydowanie wolę sięgnąć po morelową Sorayę albo po Lirene, więc nie wrócę już do tego produktu.

Następca: peeling drobnoziarnisty od Lirene;

10. Płyn micelarny do delikatnego demakijażu i oczyszczania twarzy Sebo-Micellar; Pharmaceris (ok.25zł; 200ml).
Ponieważ planuję recenzję tego produktu w skrócie ujmę go w tych słowach - tak, jeśli zamierzacie zmywać nim makijaż twarzy lub stosować go do tonizacji; nie, jeśli zamierzacie zastosować go do demakijażu oczu. Mam jeszcze jedną butelkę.

Następca: nawilżająco-oczyszczajacy tonik z Lirene;


11. Płyn micelarny Sensibio H2O; Bioderma (ok.10zł; 100ml).
Bioderma, to jeden z moich ukochanych miceli i zgadzam się ze wszystkimi pozytywnymi opiniami na jej temat. Świetnie zmywa mój makijaż zarówno ten z oczu, jak i z reszty twarzy. Radzi sobie nawet z nieco mocniejszym makijażem, choć wtedy wymaga ciut więcej cierpliwości. Na pewno będę jeszcze do niego wracać, zresztą to nie była moja pierwsza buteleczka.

Następca:  nawilżający płyn micelarny Aqua Cristal od Lirene;

12. Maska do twarzy Catastrophe Cosmetic (ok.6 funtów; 75g).
Ta maska, to mój absolutny hit! Nigdy nie miałam produktu tego typu, który oddziaływałby na moją skórę tak szybko i tak skutecznie! Nie ma sensu się streszczać, musicie przeczytać całą recenzję TUTAJ. Na razie siedzę i płaczę, że otwarcie Lush'a w Polsce ciągle się opóźnia, ale to więcej, niż pewne, że kupię ją przy najbliższej możliwej okazji!

Następca: maska oczyszczająca od Sanoflore (powrót po przerwie);


13. Krem do rąk Magiczne Kwiaty; L'Occitane (29zł; 30ml).
Bardzo przyjemny krem do rąk, który bardzo dobrze oddziaływał na moje dłonie i urzekał przyjemnym zapachem. Więcej na jego temat pisałam TUTAJ, więc zainteresowanych odsyłam do recenzji. Mimo miłych wspomnień, nie wrócę do niego, ze względu na nieproporcjonalnie wysoką cenę w stosunku do pojemności i wydajności.

Następca: krem do rąk Ratunek od Lirene; krem do rąk Regeneracja od Lirene;

14. Żel pod prysznic Magiczne Kwiaty; L'Occitane (pełnowymiarowe opakowanie ok.60 zł; 250ml).
Żel o tak samo przyjemnym zapachu, jak wyżej opisywany krem. Miniaturka była całkiem wydajna i wystarczyła na około 10 aromatycznych kąpieli. Żel dobrze oczyszczał skórę, ale jego cena zwala mnie z nóg, więc na pewno nie sięgnę po niego sama z siebie.

Następca: imbirowy żel pod prysznic z The Body Shop; żel + oliwka z mango od Lirene;


15. Woda perfumowana Euphoria; Calvin Klein (100ml).
Euphoria, to mój ukochany zapach! Uwielbiam sięgać po nią przez cały rok, z wyłączeniem najbardziej upalnych dni, choć mimo wszystko muszę przyznać, że jest najbardziej otulająca w jesienne i zimowe miesiące. Na szczęście na urodziny dostałam kolejny flakon, więc dalej mogę się nią cieszyć!

Następca: ten sam produkt;

16. Peeling cukrowy o zapachu marcepanu; Perfecta (ok.15zł; 220ml).
Bardzo dobry peeling, który uwiódł mnie swoim ciepłym, apetycznym zapachem marcepanu. Bardzo dobrze ściera martwy naskórek nie drapiąc i nie podrażniając przy tym skóry, a drobinki cukru rozpuszczają się w wystarczająco wolnym tempie, żeby zdążyć wykonać porządny masaż. Chętnie będę do niego wracać. Więcej napisałam TUTAJ.

Następca: szarlotkowy peeling do ciała Sweet Secret od Farmony;


17. Puder antybakteryjny; Synergen (ok.8zł/szt.).
To najlepszy puder, jaki do tej pory stosowałam! Żaden puder sypki, ani żaden inny puder w kamieniu nie radziły sobie tak dobrze z matowieniem mojej cery. Świetnie współgra z każdym płynnym podkładem, który posiadam, nie waży się, nie ciemnieje i nie odznacza się zbyt mocno (w sensie pudrowości). Dla mnie niezbędny, więc już mam kolejne opakowanie! :)

Następca: ten sam produkt;

18. Pomadka ochronna Vitamin Shake; Nivea (ok.8zł/szt.).
To moja ukochana pomadka ochronna wszechczasów! Fantastycznie nawilża moje usta, a przy tym nabłyszcza je lepiej, niż niejeden błyszczyk. Jestem zachwycona jej działaniem i żadna inna nie trafia tak skutecznie w moje potrzeby, dlatego mam już kolejną sztukę!

Następca: ten sam produkt i milion innych porozkładanych po kieszeniach, kosmetyczkach i torebkach ;)

19. Jedwab do włosów; Biowax (ok.8zł/szt.).
Bardzo dobry jedwab do włosów, w wygodnej buteleczce z pompką. Skutecznie zabezpiecza końcówki przed uszkodzeniami i dodatkowo lekko je nabłyszcza i wspomaga ich układanie. Mam już kolejną buteleczkę.

Następca: ten sam produkt oraz jedwab od CHI;

20. Miniatura odżywki do włosów z granatem i aloesem; Alterra (ok.3zł, 50ml).
Bardzo dobra odżywka, która działa na moje włosy odrobinę słabiej, niż ta z Alverde, choć nadal się z nią lubię. Dawno nie używałam jej pełnowymiarowej wersji, a miniaturka została mi jeszcze z wakacji, więc postanowiłam się z nią rozprawić. Moje włosy są po niej miękkie i delikatnie błyszczące. Lubię ją, więc na pewno jeszcze nie raz ponowię ten zakup.

Następca: kuracja Alverde z aloesem i hibiskusem;


Bonusowo załączam dowód zużycia trzech próbek, których zapasy również staram się mniej lub bardziej przeczyścić. Kremy z DLA Kosmetyki właściwie nieszczególnie mnie urzekły, o ile jeszcze Dar Piękna był dość przyjemnym i lekkim kremem nawilżającym (w moim odczuciu), tak Kuracja Regenerująca, to był koszmar dla mojej mieszanej cery. Był zdecydowanie za ciężki i za tłusty, mazał się jak maść i tak samo długo wchłaniał. Przypuszczam, że cery ekstremalnie suche mogłyby być z niego zadowolone, jednak inne mogą się srogo zawieść. Oczywiście jest to tylko moje wrażenie, absolutnie nie traktujcie tego, jako recenzji, ponieważ po jednym użyciu niewiele jestem w stanie powiedzieć.

Ostatnia próbka to odrobina balsamu do ciała z opuncją i zieloną herbatą, który szalenie urzekł mnie zapachem i całkiem przyjemnie zapowiedział swoje właściwości pielęgnacyjne. Muszę szczegółowo zaplanować zużycia mazideł i po wyzerowaniu kilku z nich nagrodzę się właśnie tym produktem :)

I jak uważacie? Dobrze mi poszło? Z tego, co widziałam wielu koleżankom-blogerkom styczniowe zużywanie poszło równie dobrze, więc mój wyczyn w tak licznym gronie nieco zbladł, ale nie zmienia to faktu, że i tak jestem z siebie dumna! ;)

A jak Wam poszło? Jesteście zadowolone ze swojego denkowania, czy może zupełnie nie zawracacie sobie tym głowy? :)
K.

Czytaj dalej

poniedziałek, 4 lutego 2013

Ulubieńcy stycznia

Cześć Dziewczyny,

Wczoraj mogłyście oglądać na blogu moje styczniowe nowości (KLIK), a dzisiaj płynnie przejdziemy do ulubieńców tego miesiąca. Jak zaraz zobaczycie, w moich ulubieńcach zaszły pewne zmiany. W związku z tym, że choroba i mrozy nieźle dały w kość mojej skórze, w styczniu zaczęłam doceniać kosmetyki nawilżające. Tym samym częściej sięgałam po wszelkiego rodzaju mazidła - do ciała i do rąk, a także odstawiłam mój ukochany podkład Lily Lolo, który niestety zaczął podkreślać to, co chciałabym ukryć. Z pewnością jednak wrócę do niego, kiedy moja cera nieco odetchnie.

Oto odświeżona grupka ulubieńców! :)


Pomadkę ochronną Vitamin Shake zastąpiła jej niemal równie dobra siostra, czyli Nivea Soft Rose. Naprawdę uwielbiam te sztyfty, a moje usta bardzo doceniają ich działania. Jestem również fanką efekty, a raczej efektów (bo obie te pomadki różnią się między sobą), jakie zostawiają na ustach.

Tym razem w ulubieńcach pojawiają się trzy produkty z Oriflame, które prezentowałam Wam niedawno w ramach kolorowych ulubieńców roku 2012 (KLIK). Brązowa kredka do oczu Smooth Effect, to mój absolutny ulubieniec i must have w niemal każdym makijażu. Może jestem nudna i przewidywalna, ale po prostu lubię mieć podkreśloną dolną linię wodną, no chociaż zewnętrzny kącik :)

Trio korektorów nie raz uratowało mnie, kiedy miałam sporo do ukrycia. Żółty panował nad cieniami pod oczami (uroki wczesnego wstawania do pracy), a zielony przyklepany minerałami skutecznie ukrywał czerwoną latarnię, która nie wiadomo czemu wyskoczyła mi pod okiem :P

Paletka do brwi, to produkt, z którym zawsze przepraszam się zimą. Ostatnio zmieniłam nieco sposób aplikacji cieni i wypełniania brwi i powiem Wam, że na nowo odkrywam ten produkt! :)


Paleta cieni Urban Decay skutecznie zastąpiła w tym miesiącu moje ukochane kilka cieni z Inglota (ale nie paletkę z Catrice, której widok tym razem Wam odpuściłam ;)). Tym razem z ogromną radością sięgałam po neutrale z palety Naked 2 i przypuszczam, że to się zbytnio nie zmieni :)

Jeśli natomiast chodzi o twarz, to w końcu zdecydowałam się sięgnąć po inne róże, niż mój faworyt z Alverde. Tym samym wróciłam do równie ukochanego różu Down Boy z TheBalm (KLIK), a także sięgnęłam po nowość w mojej kosmetyczce, czyli Hervanę od Benefitu. Całości dość często dopełniał rozświetlacz z limitowanki Wild Craft z Essence.


Jeśli chodzi o pielęgnację, to tutaj dość niespodziewanie wyróżniam masło do ciała Granatapfel z Pharmatheiss Cosmetics. Niespodziewanie, bo na początku naszej znajomości zupełnie nie wróżyłabym mu miejsca w tym poście. Nie jest to produkt idealny, ma swoje wady, ale nie sposób zaprzeczyć, że jest dobry dla mojej skóry, zwłaszcza zmęczonej mrozami. Więcej o nim już niedługo w recenzji.

Oliwka pielęgnacyjna Hipp, to jedyny produkt olejopodobny, który moje włosy autentycznie lubią. Wszystkie inne oleje i oliwki, których próbowałam, nie robiły na moich włosach większego wrażenia. Efekty jakieś tam były, ale nigdy takie, żebym poczuła się zachęcona do wyjątkowo regularnego olejowania. Ta oliwka jako jedyna zauważalnie poprawia kondeycję moich włosów. Ja stosuję ją również na rozstępy, który niestety sporadycznie pojawiają się na mojej skórze. Nie wiem jaki składnik to powoduje, ale mam wrażenie, że naprawdę szybko i skutecznie rozjaśnia świeże (czyli jeszcze różowe) rozstępy, sprawiając, że robią się dużo mniej zauważalne. Dla mnie ten produkt to hit!

Do toniku z Lirene wróciłam z wielką ulgą po wykończeniu płynu micelarnego z siostrzanej marki Pharmaceris. Jak dla mnie wersja z ogórkiem nie ma sobie równych i przewiduję nam długą i romantyczną relację, zwłaszcza, że to moja druga butelka, którą darzę nadal tak samo gorącym uczuciem! :)


Jak już pisałam, zima (i wzmożona współpraca z papierzyskami) dały moim dłoniom w kość. Sięgnęłam więc po produkty, które dostałam w świątecznej paczce od Pań Erisek i muszę przyznać, że te dwa gagatki naprawdę znają się na rzeczy. Moje dłonie wyraźnie odczuwają ulgę po ich użyciu i, mimo sporadycznych spadków kondycji, powrót do formy zajmuje im teraz dużo krótszy okres czasu. Polecam Wam zwłaszcza kurację kremem Ratunek (a po nim regularne stosowanie Regeneracji), który docenił również mój nieznoszący wszelkich naręcznych mazideł chłopak, którego dłonie potraktowałam tym kremem, kiedy zauważyłam jak suche i szorstkie ma dłonie. Użyłam do tego podstępu, proponując mu masaż dłoni. Polecam Wam tę sztuczkę, jeśli Wasi Panowie również nie tykają kremów do rąk nawet kijem od szczotki! Masaż dłoni zmienia ich w potulne baranki, które dają w siebie wsmarować wszystko, byle byście tylko nie przestawały :D Ale o czym to ja miałam... Aha! Krem przyniósł efekty już na drugi dzień, kiedy zauważyłam, że po szorstkościach nie ma śladu! Przyznam, że nawet ja nie spodziewałam się aż tak spektakularnych efektów! :)

Z ulubieńców, to by było na tyle! W najbliższych dniach spodziewajcie się jeszcze posta denkowego, a później płynnie przejdziemy do kolejnych recenzji. Macie jakieś szczególne zamówienia? :)

Czy znacie któregoś z moich ulubieńców? Jakie macie o nim zdanie? :)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast