środa, 21 listopada 2012

Inglot 942 ...czyli kobaltowe paznokcie [swatche]

Przeglądając zasoby zdjęciowe w poszukiwaniu kolejnego lakieru do zaprezentowania stwierdziłam, że moje  zapasy znacznie uszczuplały i właściwie wszystkie lakiery, które miałam uwiecznione na zdjęciach już Wam pokazałam... Wprawdzie nadal nie pokazałam Wam jeszcze wszystkich moich nowości, ale zwyczajnie albo nie miałam ich jeszcze na paznokciach, albo miałam lenia i nie zrobiłam im zdjęć w akcji... ;)

Przeglądając jednak zbiory wpadł mi w oko piękny kobaltowy Inglot, na którego niespodziewanie nabrałam ochoty na początku miesiąca. Mam go już ponad rok i kilkukrotnie gościł już na moich paznokciach, ale jakoś tak nie zeszło się, żeby Wam go porządnie pokazać, więc oto jest - Inglot 942 :)



KOLOR: 942 to piękny, intensywny kobalt - kolor, za którym szalałam ubiegłej jesieni. Teraz jakby nieco mi już przeszło, ale niespodziewania to właśnie on przykuł moje oko, chwilowo znudzone jesiennymi szaroburościami... Ten lakier ma szalenie intensywny kolor i zawiera w sobie drobniuteńki shimmer, który na szczęście nie daje mu perłowego wykończenia, ale sprawia, że kolor pięknie połyskuje i - w zależności od światła - zmienia jego nasycenie od żywego niebieskiego niemalże po granat.


PĘDZELEK: Wąski, ale bardzo wygodny. Dobrze zbity i odpowiednio sztywny.

KRYCIE: Bardzo dobre, ale w przypadku tak intensywnego i ciemnego koloru i tak zawsze aplikuję dwie warstwy, żeby zminimalizować straty na końcówkach ;)

KONSYSTENCJA: Dość rzadki, ale nie rozlewający się po skórkach.


TRWAŁOŚĆ: Nieco gorsza niż zwykle, bo tylko 3 dni. Po tym czasie pojawiają się spore odpryski. Za to po dwóch dniach końcówki nadal nie były jeszcze pościerane.

ZMYWANIE: Przyzwoite, lakier raczej nie rozmazuje się po paznokciach i skórkach, ale niestety nieco barwi płytkę, dlatego podwójna warstwa bazy raczej nie będzie przesadą.

CENA: 20zł; dostępny w salonach Inglota.







Po dwóch dniach stwierdziłam, że chcę więcej i dodałam brokat z Barry M - Blue Glitter.
Podoba mi się takie połączenie, choć jego zmywanie doprowadza mnie do szału ;)



I jak Wam się widzą takie niebieskości na paznokciach? Dla mnie to była bardzo miła odmiana po szarościach, beżach i fioletach, które owszem uwielbiam, ale czasem mi się przejadają. Nie sądzicie, że ten Inglot jest mocno mroźny i zimowy?
K.

Czytaj dalej

wtorek, 20 listopada 2012

Makijażowy niezbędnik - vol.1

Cześć Dziewczyny!

Dzisiaj post nietypowy, bo ani to post o ulubieńcach, ani nawet nie jest to tag z rodziny "Ile warta jest Twoja twarz". Tym razem postanowiłam pokazać Wam mój mały makijażowy niezbędnik w postaci produktów, których używam, kiedy spędzam noc w domu, czy może raczej powinnam napisać u mamy (a co za tym idzie rano muszę się u niej jakoś umalować!;)). Te z Was, które śledzą mój blog już dłuższy czas, wiedzą z pewnością, że mój czas dzielę pomiędzy dwa domy - mieszkanie z mamą i mieszkanie z chłopakiem, ale już od dłuższej chwili ta granica płynnie przesuwa się na korzyść mojego mężczyzny i to u niego trzymam teraz wszystkie moje największe kosmetyczne skarby i zapasy. Co jednak, kiedy noc spędzam z u mamy, z dala od wszelkich skarbów i dylematów co by tu z czym dzisiaj...? ;)


Generalnie bardzo nie lubię targania wielkiej kosmetyczki za każdym razem, kiedy jadę do mamy, wobec tego w pewnym momencie postanowiłam skompletować z moich kosmetyków mały niezbędnik, który ma swoje miejsce u mamy, a na który składają się kosmetyczne pewniaki (w 90%). Nie wszystkie z tych produktów to ulubieńcy, ale starałam się, żeby ten zestaw był zestawem kosmetyków i akcesoriów, które doskonale znam i wiem, że w nocy o północy będę mogła się nimi szybko umalować i będzie się to nadawało do czegokolwiek ;) ...bo prawda jest taka, że makijaż o 7.30 rano, to dla mnie - sowy, tak jak w nocy o północy dla wszystkich rannych ptaszków ;) Makijaż musi być wobec tego łatwy do przewidzenia i nie wymagający dumania nad połączeniem kolorów ;))

Oto mój "mamowy" niezbędnik! :)

  

Zacznijmy od pędzli - tymi po które sięgam najczęściej są pędzelek do nakładania cieni - Maestro 320 w rozmiarze 12, pędzelek Maestro 497 do rozcierania oraz mała kulka z zestawu Duo Crease Brush z Essence of Beauty do aplikowania cienia na dolną powiekę. Oprócz pędzli naocznych korzystam tylko ze skunksa Maestro - Foundation I, którym aplikuję róż. Pisałam o tym pędzelku kilka dni temu TUTAJ. Z całego tego zestawu jestem bardzo zadowolona i bardzo chętnie po niego sięgam, ponieważ dokładnie wiem, czego się spodziewać po każdym z tych produktów. Pędzle są przyjemne dla twarzy i oka, nie drapią i nie drażnią skóry. Myślę, że każdy z nich zasłużył na oddzielną recenzję, wobec czego spodziewajcie się ich w kolejnych tygodniach.


Dalej mamy podkład - i tutaj znowu mamy jednego z moich faworytów w kategorii płynnych podkładów, czyli fluid matujący Anti! Acne od Under Twenty w kolorze 120. Podkład ten świetnie sprawdza się nakładany palcami, wygląda na twarzy bardzo naturalnie, a przy tym kryje niemal wszystko to, czego nie chcę uwydatniać na mojej buźce. Trzyma się naprawdę przez większość dnia i bardzo przyzwoicie matuje. Wiem, że wiele już o nim napisano w blogosferze, ale nie umiem się powstrzymać przed dorzuceniem wkrótce swoich kilku groszy na jego temat! :)

Warto jeszcze wspomnieć o pudrze, który nie załapał się na oddzielne zdjęcia, ale jest na zdjęciu grupowym. Niech Was nie zwiedzie opakowanie, bo w środku znajduje się słynny puder bambusowy z jedwabiem z Biochemii Urody. Kupiłam go ponad rok temu, kiedy jeszcze można go było kupić tylko w słoiczkach. Jest to niekwestionowany hit blogosfery i bohater dziewczyn o cerze tłustej lub mieszanej. Hit, na którym szalenie się zawiodłam! Próbowałam nakładać go zwykłym pędzlem do pudru, pędzlem kabuki, włochatym puszkiem i gąbeczką, ale żadna z tym metod zupełnie mnie nie zadowala. Najbliższa prawdy jest zwykła gąbeczka powleczona materiałem, taka jaką to zwykle znajdujemy w pudrach, jednak wymaga ona ode mnie mocnego dociskania pudru do twarzy, co i tak nie daje matu idealnego, ale uzyskany efekt jest najlepszy ze wszystkich opisanych wyżej metod. Niestety moja cera po tym pudrze bardzo szybko się świeci, a w dodatku jest bardzo "pudrowa" w dotyku. Za każdym razem kiedy dotknę twarzy czuję, jak wszystko zostaje mi na palcach... Nie rozumiem fenomenu tego pudru i chyba już nie zrozumiem... ;)


Totalny must have, czyli baza pod cienie - jeszcze nieco ponad rok temu uważałam produkt tego typu za zbędny wynalazek, a teraz niemal nie potrafię się bez niej obejść. Na zdjęciu nieśmiertelna baza z Hean, której recenzja pojawiła się dawno temu na blogu TUTAJ. Może nie uznałabym jej dziś za najlepszą bazę, ale z pewnością nadal plasuje się w czołówce i choć mam do niej pewne zastrzeżenia (gumowatość!), to z pewnością będą po nią sięgać dopóki nie zamieni się w kamień ;)

Kolejny produkt marki Hean, czyli paletka High Definition w wersji Hot Chocolate, czyli wersji kolorystycznej, która szturmem podbiła blogosferę nie dalej, jak rok temu. Ja również uległam tej manii i do tej pory nie żałuję, bo zestaw kolorystyczny jest nie tylko świetny do codziennego makijażu, ale również do makijażu, który ma zacięcie stać się wieczorowym. Ponadto cienie są bardzo dobrze napigmentowane, co tyczy się również jasnego matowego cienia, o co niełatwo nawet z Inglotami. Tę paletkę również przybliżałam Wam już kiedyś na blogu TUTAJ. Ponadto matowy brązowy cień świetnie sprawdza się również jako cień do brwi, jest idealnie neutralny kolorystycznie - ani on zbyt ciepły, ani zbyt chłodny, po prostu brąz idealny.

Skoro mamy niezbędnik, to nie mogłoby zabraknąć również różu - w tym przypadku jest to mój ukochany róż z wiosennej limitowanki Essence - Marble Mania, bliżej prezentowany TUTAJ. Ten róż to jeden z moich zdecydowanych faworytów. W tym kolorze czuję się świetnie o każdej porze roku i w każdym odcieniu skóry ;) Na początku nie chciał współpracować z klasycznym ukośnym pędzlem do różu, ale wspomniany wyżej skunsik od Maestro okazał się być ideałem do tego różu. Mogę zapomnieć pomalować oczy (poza tuszem oczywiście), ale róż musi być! I już! :)


Paletka Catrice Hollywood Boulevard z kolekcji Hollywood's Faboulous 40'ties, to nowość w moim niezbędniku (wygrana u Kasi z xkeylimex), ale za to nowość, która szturmem zdobyła moje serce piękną, jesienną kolorystyką! Za pomocą jedynie dwóch kolorów z tej paletki jestem w stanie stworzyć makijaż, w którym czuję się lekko, świeżo i atrakcyjnie, a wszystko to za sprawą odpowiednio intensywnie podkreślonego spojrzenia. Zdecydowanie faworytka! :)


No i na koniec mój prywatny koszmarek. Maskara Maybelline Falsies (albo raczej masakra...), bo o niej mowa, to dla wielu dziewczyn hit... Hit, który uświadomił mi, że ja zwyczajnie nie cierpię włochatych szczoteczek i zdecydowanie jestem wyznawczynią jedynie słusznych dla moich rzęs silikonowych, bądź gumowych szczoteczek. Dodatkowo przez to wygięcie wiecznie mam ufajdane powieki, wobec czego tak naprawdę do tego niezbędnika powinnam dodać również patyczki do uszu, którymi koryguję wszelkie kropki, kreski i inne cuda, która ta szczotka niepożądanie robi mi na moim misternym makijażu... Sam tusz nie jest zły, ale szczoteczka - a konkretniej jej wielkość, włochatość, miękkość i to jak okropnie skleja mi rzęsy, sprawiają, że szczerze nie znoszę tego tuszu... Ciekawa jestem, czy moja mama by go polubiła... Chyba ją zapytam, bo nie wiem ile jeszcze wytrzymam z tą szczotą :P

No i to by było na tyle... Dużo? Mało? Chyba całkiem w normie, jak na szybki makijaż :) A jak tam Wasze niezbędniki? Macie w swoich zbiorach produkty, po które sięgacie zawsze w pośpiechu? :)
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 19 listopada 2012

OPI - The Color of Minnie [swatche]

Mamy jesień - wobec czego na moich paznokciach bardzo często lądują wszelkiego rodzaju przybrudzone kolory, zawierające odcienie beżu, szarości czy fioletu, czasem jednak wszystkie te brudaski zaczynają mnie nudzić i raz na jakiś czas sięgam po coś żywszego. Dzisiaj jeden z takich pozytywnych, dodających energii odcieni - The Color of Minnie z kolekcji OPI Vintage Minnie. Jest to mój pierwszy lakier OPI, ale od razu przyznam się Wam, że zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie! Może nie przebił trwałością jagódek z Essie, ale z pewnością zasłużył sobie na uznanie inną podobną cechą, o której nieco niżej... ;)


Przyjrzyjcie mu się dobrze, ponieważ lakier ten wchodzi w skład jednej z nagród, które będziecie mogły niedługo wygrać na moim blogu w konkursie urodzinowym! :)

KOLOR: Jest to piękna, klasyczna czerwień, zawierająca sporą ilość bardzo drobnego pyłku, mieniącego się na srebrno i różowo (tak mi się przynajmniej wydaje, ale głowy nie dam sobie uciąć ;)). Pyłek ten jest bardzo słabo dostrzegalny na paznokciach (przynajmniej na moich), jednakże, dzięki niemu, lakier zyskuje odrobinę metaliczno-shimmerowe wykończenie. Moim zdaniem jest on przyjemną odskocznią od czystych kremowych czerwieni. Jest nadal kobiecy, ale dzięki temu wykończeniu sprawia wrażenie bardziej dziewczęcego, a mniej uwodzicielskiego. Dla mnie to świetne rozwiązanie, ponieważ w klasycznych czerwieniach, które tak świetnie pasują mojej mamie, ja najczęściej czuję się jak przebieraniec. W tej zaś czuję się na tyle komfortowo, że chętnie nosiłabym ją na co dzień! :)

PĘDZELEK: Dość spory i gęsty. Mimo, że bliżej mu do klasycznych pędzelków, to jednak ze względu na ilość włosia jest w stanie objąć niemal cały paznokieć. Na początku sprawiało mi to nieco problemów, ale wszystko jest kwestią przyzwyczajenia i po pomalowaniu kilku paznokci udało mi się przyzwyczaić. Wydaje mi się jednak, że dziewczyny, które mają małą i wąską płytkę paznokcia mogłyby na niego trochę marudzić.

Jest pyłek? Jest! Mam na myśli te srebrnawe smugi w lakierze ;)
KRYCIE: Bardzo dobre, lakier pięknie pokrywa płytkę po dwóch warstwach, nie zostawiając żadnych prześwitów i dając idealne wykończenie bez smug i śladów pędzelka.

KONSYSTENCJA: Jest rzadki, ale w sposób typowy dla świeżych lakierów. Nie rozlewa się po skórkach nawet mimo dość sporego pędzelka.

TRWAŁOŚĆ: Kolor Minnie trzymał się na moich paznokciach pełne cztery dni, ale dziewczyny! Jak on się trzymał! Cztery pełne dni - bez odprysków, bez minimalnych nawet otarć i bez jakichkolwiek innych cech, zdradzających fakt, że paznokcie malowałam kilka dni wcześniej! Piątego dnia pojawił się pierwszy odprysk, ale końcówki pozostałych paznokci były nadal w stanie idealnym, wobec czego naprawdę mało mnie ten odprysk zmartwił!

...Oczywiście lakier zmyłam i pomalowałam paznokcie innym kolorem, ale do tej pory pozostaję pod wrażeniem tych końcówek, ponieważ moim największym problemem z czerwonymi lakierami do paznokci - poza tym wspomnianym wyżej - była właśnie trwałość! Zwykle koncówki ścierały mi się już po pierwszym dniu, co przy tym kolorze wygląda szczególnie niedbale i nieelegancko. Z tym lakierem mogę się już nigdy więcej o to nie martwić! :)

ZMYWANIE: Dość łatwe, choć trzeba przyznać, że niestety - pomimo zabezpieczenia płytki bazą, lakier delikatnie zafarbował moje paznokcie. Nadal jednak nie była to taka masakra, jaką zwykłam oglądać po innych czerwieniach ;)

CENA: Mój lakier kupiłam za 21zł na targach kosmetycznych, jednak w Perfumeriach Douglas i Sephora - lakiery OPI kosztują bodajże 49zł. Dla mnie jest to wysoka cena i przypuszczam, że dla większości z Was również, wobec czego warto rozejrzeć się za nim w internecie.

The Color of Minnie
(nie przypatrujcie się mu zbyt uważnie w poszukiwaniu drobinek
w tym świetle zupełnie nie było ich widać...)





Ciekawa jestem czy przypadła Wam do gustu moja nowa czerwień? Jak Wy czujecie się w czerwonych lakierach - seksownie, czy wręcz przeciwnie - zbytnio przyciągające uwagę? :)
K.

P.S. I już po spotkaniu warszawskich blogerek! Nie chcę się wymądrzać, ale wydaje mi się, że dałyśmy radę i spotkanie naprawdę możemy zaliczyć do udanych! Mam nadzieję, że nie jest to tylko moje wrażenie, ale też przede wszystkim uczestniczek - co mogłabym wnioskować po wszystkich miłych słowach, które dotychczas gdzieś tam po drodze padły pod naszym adresem. Mamy nadzieję, że dobrze się bawiłyście! Moja relacja z tego wydarzenia powinna pojawić się już niedługo, póki co czekam jednak na zdjęcia od dziewczyn - muszę też przejrzeć to, co w ogóle udało mi się zrobić w biegu! ;))
Czytaj dalej

sobota, 17 listopada 2012

Maestro - Foundation I - pędzel do podkładu

Cześć Dziewczyny!

Zauważyłam, że coraz lepiej czuję się w recenzowaniu pędzli - i całe szczęście, bo moja kolekcja co jakiś czas powiększa się o pojedyncze sztuki, a najstarsze pędzle w moim zbioru mają już spokojnie ponad rok, więc to najwyższa pora, żeby o nich coś napisać! Tym razem weźmy na tapetę pędzel do podkładu polskiej marki Maestro. Jest to pędzel typu duo-fibre (zwany potocznie skunksem :D), pochodzący ze Złotej Kolekcji Maestro. Pędzel nosi oznaczenie Foundation I.


Kiedy jakieś półtora roku temu wzięłam się za stopniową wymianę moich pędzli na takie z prawdziwego zdarzenia, firma Maestro była pierwszą, której zaufałam. Posiadam cztery pędzle przeznaczone do makijażu oka oraz dwa pędzle przeznaczone do makijażu twarzy. Generalnie ze wszystkich jestem bardzo zadowolona i mam spore zaufanie do tej marki, choć recenzowany dziś skunks, wyjątkowo nie przypadł mi do gustu, jeśli chodzi o jego klasyczne zastosowanie. Nie przeszkodziło mu to jednak, żeby znaleźć się w ulubieńcach... A dlaczego? Zapraszam na recenzję! :)


WYGLĄD I WYKONANIE: Pędzel jest solidnie wykonany i bardzo dobrze leży w dłoni. Trzonek jest wykonany z drewna i, w przypadku Złotej Kolekcji, jest krótszy, niż w klasycznej serii. Podkreślam ten fakt, ponieważ wiem, że wiele dziewczyn chwali sobie ZK właśnie za skrócone trzonki, które nie zawadzają o lusterko podczas makijażu. Odpowiednikiem tego pędzla w klasycznej serii jest pędzel Maestro 145 Duo Fibre.

Włosie pędzla jest wykonane z mieszanki włosia naturalnego i syntetycznego. Na początku użytkowania pędzla, zgubiłam kilka włosków, ale nie były to zbyt duże ilości i nigdy nie zdarzyło mi się to podczas wykonywania makijażu. Teraz od dawna wszystko jest w porządku, a pędzel nadal wygląda niemal jak na początku. Samo włosie jest dość stosunkowo gęsto osadzone, oczywiście jak na pędzel tego typu.


ZASTOSOWANIE I EFEKT: Pędzel przeznaczony jest do nakładania podkładu, ale ja nie jestem szczególnie zadowolona z takiego zastosowania. Podkład nakładany tym pędzlem wymaga sporo uwagi, żeby efekt był zadowalający. Pędzel nie dociera w trudno dostępne miejsca, takie jak skrzydełka nosa, czy okolice oczu, przez co i tak odczuwam potrzebę poprawiania podkładu palcami, a przecież nie o to nam chodzi! Niestety znacznie wydłuża to cały proces makijażu, co rano szczególnie potrafi być uciążliwe.

Przez te wszystkie ceregiele na początku nieco zniechęciłam się do tego pędzla, ale nie leżał zbyt długo bezczynnie, ponieważ okazał się najlepszym pędzlem do twardych i średnionapigmentowanych róży. Mój róż z wczesnowiosennej limitowanki Essence - Marble Mania - sprawiał mi delikatne problemy w aplikacji i nie zawsze byłam zadowolona z efektu i w tym momencie okazało się, że skunksik jest w tym celu idealny! Pędzel świetnie zbiera pigment z kosmetyku i wydobywa z niego to, czego nie potrafiły zrobić inne pędzle. Być może jest to kwestia odpowiednio sztywnego włosia, który nie wygina się w kontakcie z różem, tylko delikatnie "złuszcza" kosmetyk z wierzchu.

Pędzel bardzo fajnie sprawdził się również do rozcierania pudru bambusowego z Biochemii Urody, który nakładam dociskając go puszkiem do twarzy przez co później jestem cała w białe kropki od sitka ;) Skunks bardzo dobrze rozciera i rozprowadza nałożony wcześniej puder i sprawia, że robi się on niewidoczny.


WYMIARY: Włosie pędzla ma 35mm. Jest dość długie, ale dzięki temu pędzel nie kłuje w twarz, a delikatnie ją omiata.

CZYSZCZENIE: No i w tym tkwi największy szkopuł. O ile pędzel dość łatwo dopiera się zarówno z różu, jak i z podkładu, tak największy problem stanowi dla niego... farbowanie włosia... Niestety czarne włosie jakimś cudem puszcza kolor i tym sposobem brudzi białą część pędzla, co naprawdę jest niełatwe do doprania i zajmuje mi dużo więcej, niż samo dopranie pędzla z resztek kosmetyków.

Pędzel zwykle piorę wieczorem i zostawiam go do wyschnięcia na noc, wobec czego rano zawsze jest już gotowy do użycia.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ: 47zł; pędzle dostępne są przede wszystkim w sklepie internetowym Maestro - ten konkretny model kupicie TUTAJ;

CZY KUPIŁABYM PONOWNIE: Ten pędzel dostałam rok temu na urodziny od przyjaciółki i przyznam, że owszem myślałam wtedy o pędzlach do podkładu, ale skunksy jakoś mnie nie kusiły. Cieszę się jednak, że miałam okazję go wypróbować, bo dzięki temu mam najlepszy pędzel na świecie do jednego z moich ulubionych róży :D Jeśli więc miałabym go wybrać w tym celu, to tak - kupiłabym ponownie! :)

Podsumowując, jeśli macie doświadczenie z pędzlami typu duo-fibre, to możecie się skusić na niego i stosować go klasycznie, jeśli jednak dobrze Wam z pędzlami do podkładów typu kulka czy flat top, to myślę, że ten pędzel powinnyście rozważać raczej jako genialny pędzel do wszystkich waszych nieco problematycznych kosmetyków kolorowych, oczywiście tych prasowanych :)

Macie w swoich zbiorach jakieś pędzle Maestro? Lubicie tę markę? I może przede wszystkim jakiego rodzaju pędzlami lubicie aplikować podkłady? :)
K.

P.S. Podczas, gdy czytacie tę notkę, ja prawdopodobnie już jestem na spotkaniu warszawskich blogerek! Jeszcze niedawno było do niego tyle czasu, a tu już! :) Oczekujcie niedługo relacji! :)
Czytaj dalej

piątek, 16 listopada 2012

Essie - Island Hopping, czyli jagodowe paznokcie :) [swatche]


Cześć Dziewczyny!

Skoro listopad ma przeplatać się 50:50 w recenzjach lakierów do paznokci z innymi notkami, to oczywiście dzisiaj znowu pora na lakier! Tym razem wracamy do Essie, dzisiaj w wersji jagodowej, czyli Island Hopping (nr 41), który miał pojawić się tutaj wcześniej, ale zrobienie idealnego zdjęcia odcienia w buteleczce, okazało się być trudniejszym zadaniem, niż się początkowo spodziewałam! ;) Niemniej jednak za trzecim, czy może czwartym podejściem zdjęcia wyszły zadowalająco, choć nadal warto mieć na uwadze, że na żywo lakier jest ciutkę ciemniejszy (na zdjęciach nieco zbyt dużo w nim różu), a i tak przy wyborze warto kierować się raczej jego wyglądem na paznokciach, niż w butelce! :)

Zapraszam do czytania i oglądania! :)


KOLOR: Island Hopping, to piękny jagodowy fiolet, a może bardziej trafnym określeniem byłby jagodowy shake! W ciągu dnia kolor jest dość jednoznaczny, jednak wieczorem potrafi być pomylony z kolorem mlecznej czekolady, co zdarzyło się jakiś czas temu koleżance Sylwii ;) Moim zdaniem jest to jeden z najbardziej jesiennych lakierów w mojej kolekcji, ale z pewnością również dobrze sprawdzi się również zimą.


PĘDZELEK: Oczywiście szeroki! Szalenie wygodny, jak to w wersji europejskiej, którą chwalę przy każdej możliwej okazji! :)

KRYCIE: Bardzo dobre! Z tego, co pamiętam wystarczyłaby nawet jedna warstwa, ale u mnie tak pomalowane paznokcie nie trzymają się zbyt długo, dlatego położyłam dwie warstwy lakieru. Tyle też warstw jest na zdjęciach.


KONSYSTENCJA: Standardowo, odpowiednio rzadki, odpowiednio gęsty ;)

TRWAŁOŚĆ: I to jest cecha, która zaskoczyła mnie najbardziej! Island Hopping na moich paznokciach trzymał się aż 7 dni! Wprawdzie przez ten czas końcówki delikatnie się pościerały, ale nie był to efekt, który uniemożliwiałby mi noszenie tego lakieru dalej. W dodatku, o ile mnie pamięć nie myli, nie doczekałam się żadnych odprysków i zmyłam go bardziej z nudów i chęci sięgnięcia po kolejny kolor, niż z powodu jego stanu.


ZMYWANIE: Odrobinę utrudnione, ale bynajmniej nie dlatego, że lakier się mazał, czy coś w tym stylu... Co to, to nie! Po prostu tak mocno trzymał się płytki, że trzeba było dobrych kilkunastu sekund, żeby go ruszyć z paznokcia! Później wszystko szło już gładko, lakier nie mazał skórek i nie sprawiał trudności w domyciu go z pazurków.

CENA: 35zł w Super-Pharm; lakiery Essie są również dostępne w Perfumierach Douglas oraz Drogeriach Hebe (w Warszawie szafa jest w drogerii na Jerozolimskich, na przeciwko D.H. Smyk).


A tak wygląda Island Hopping w pełnej krasie...






I jak Wam się podoba? Dla mnie to zdecydowanie jeden z jesiennych faworytów! :)
K.

Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast