czwartek, 13 grudnia 2012

Listopadowe zdobycze

Tak, tak - zdaje sobie sprawę z tego, że mamy już prawie połowę grudnia, ale cóż poradzę na to, że nadal jeszcze nie zebrałam się z podsumowaniem zdobyczy z ubiegłego miesiąca? Udało mi się dorobić fotki niektórych produktów, które pojawiły się u mnie później, ale niestety nie są one pierwszej jakości ze względu na wybitnie nieodpowiednią porę i niesprzyjające sztuczne światło. Musicie mi to wybaczyć. Robię co mogę, ale ostatnio zupełnie nie mam okazji zapolować na dzienne światło, a przecież blog kosmetyczny bez zdjęć mija się z celem! Mam nadzieję, że uda mi się narobić zdjęć na zapas bliżej świąt, a poza tym światło światłem, ale powoli przymierzam się też do kupna nowego aparatu :)

No ale pomińmy zbędne wstępy i przejdźmy do oglądania! W listopadzie - przede wszystkim ze względu na spotkanie warszawskich blogerek - przybyło mi całe mnóstwo kosmetyków. Wraz z moimi zakupami, wygranymi i kosmetykami, pochodzącymi ze współprac nagromadziłam tak dużo kosmetyków, że moje ostatnie denka, to przy tym pikuś. Na szczęście w grudniu staram się panować na moim głodem nowości, w czym zdecydowanie pomaga konieczność wykosztowania się na prezenty dla wcale niemałego grona najbliższych ;)


To może zacznijmy od kosmetyków, które otrzymałam podczas spotkania blogerek - wszystkie z nich są widoczne na powyższym zdjęciu. Nie robiłam im osobnych zdjęć, ponieważ bliższe prezentacje możecie zobaczyć w relacjach niektórych z dziewczyn, które były na spotkaniu, m.in. Sylwii. Na razie zdradzę tyle, że te z kosmetyków, których zaczęłam już używać, uważam za naprawdę udane. Na pewno większość z nich doczeka się swoich recenzji na blogu, więc wtedy będziecie miały okazję dokładnie się z nimi zapoznać :)


Dziewczyny, które były uczestniczkami spotkania blogerek, miały szansę na zrobienie zakupów w Bath & Body Works z 25% zniżką. Oczywiście nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności i skusiłam się na balsam i wodę toaletową z linii Twilight Woods oraz antybakteryjne mydło w piance z linii Sweet Pea.


Na spotkaniu miałam okazję dokonać małej wymianki z Kasią z bloga KasiaTheWeak, która specjalnie dla mnie trzymała jeden z moich ukochanych mleczek do ciała - Bawełnę z Bielendy. Dzięki Kasiu! :)


Tym razem ponownie moje zakupy - kiedy przez blogi przewinął się szał na waniliowy scrub do mycia ciała z Farmony stwierdziłam, że prędzej czy później trafi w moje ręce. Podobne pragnienie wzbudziło we mnie również szarlotkowe masło do ciała i jak tylko usłyszałam, że ten kosmetyk jest dostępny w Douglasie, to czym prędzej pobiegłam tam i wsadziłam oba produkty do koszyka. I muszę przyznać jedno - zapachy są do schrupania! :)


Wydawać by się mogło, że spotkaniu mam dość kolorówki na najbliższy rok, ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie skorzystała z wielkiej Rossmanowskiej promocji na kolorówkę. 40% zniżki piechotą nie chodzi, więc uzupełniłam zapasy szminek o te kolory, które od dawna chodziły mi po głowie (czyli Rimmel by Kate - 10, 16 i 20), o jeden, który zupełnie mnie nie oczarował przy pierwszym kontakcie, ale udało mu się to za drugi razem (Rimmel by Kate 101) oraz o dwa, które stały się nieoczekiwanym hitem blogosfery, a których nie umiałam sobie odpuścić (L'Oreal Rouge Caresse - Tempting Lilac i Dating Coral). Do szminek dołączył również korektor True Match z L'Oreal oraz tusz Growing Lashes z Wibo. Wszystko kupione za nieporównywalnie mniejsze pieniądze, niż w regularnych cenach! Tak, to ja lubię! :)


Powyżej mała prezentacja Rimmelowskich nowych zdobyczy - od lewej Rimmel by Kate 10, 16, 20, 101 oraz 102, którą otrzymałam od Rimmel w ramach blogerskiego spotkania :)


Jak już większość z Was wie - byłabym chora, gdybym nie zniosła do domu choć jednego żelu pod prysznic. A ponieważ udało mi się skorzystać z wizażowej zniżki na te żele, przytargałam do domu dwie nowości - śliwkę z syropem klonowym oraz pomarańczę z lukrecję oraz żel, z którym miałam już kiedyś przyjemność, czyli malinę i mleczko waniliowe.


Byłabym również chora, gdybym nie przytargała do domu jakiś nowych lakierów. Tym sposobem do kolekcji dołączyły dwa nowe Essie - Bahama Mama (fiolet) i Head Mistress (wiśniowy), kolejne dwa kawowe Ingloty - 367 oraz 371 (buziaki dla Stefi :*), słynny Golden Rose Jolly Jewels 110 oraz upragniony OPIk z kolekcji Skyfall w kolorze The Spy Who Loved Me, który dostałam od Blanki na spotkaniu.


Przejdźmy teraz do współprac - tak jak spora grupa blogerek, również i ja zgodziłam się na przetestowanie kosmetyków marki Pharmetheiss Cosmetics, którą dotąd kojarzyłam z kilku reklam, miniaturki kremu w GlossyBoxie oraz ich obecności na półkach w Hebe. Niedługo zaczną pojawiać się recenzje tych produktów, z których dowiecie się więcej o tych kosmetykach oraz będziecie mogły stwierdzić, czy warto w nie zainwestować ;)

Do testów otrzymałam masło do ciała, żel pod prysznic, krem do rąk oraz krem do twarzy, który testuje moja mama z racji odpowiedniego rodzaju cery.


Przy okazji składania zamówienia w sklepie kosmetykomania, gdzie kupowałam część nagród na  konkurs urodzinowy (KLIK), otrzymałam do testów kilka różnych produktów z kolorówki. Najbardziej cieszą mnie chyba testery produktów W7 - zwłaszcza bronzera, na który od pewnego czasu miałam ochotę! :)

Do testów otrzymałam pełnowymiarowe produkty MeMeMe - szminkę w kolorze Aglaea oraz lakier w kolorze Loyal, a także testery produktów marki W7 - Honolulu, Africa i Double Act, jak również tester cieni Sleek Molten Metal.


Ponadto od Pani Magdy z Pharmaceris otrzymałam do przetestowania kolejne produkty z linii Pharmaceris T, w szczególności krem peelingujący z 10% zawartością kwasu migdałowego, na którym szczególnie mi zależało, bo z jego młodszego brata jestem bardzo zadowolona. Oprócz tego otrzymałam również płyn micelralny oraz krem kojący Octopirox.


Przechodząc płynnie do prezentów - ten ze zdjęć powyżej, otrzymałam od Asi z bloga 1001 pasji, która zaproponowała mi, że podeśle mi dwa biedronkowe masełka do ciała z serii Azja, którą uwielbiam niemal tak samo, jak serię Afryka. Jakby tego było mało, dostałam również dwie ogromne odlewki produktów Pat&Rub oraz cały woreczek próbeczek idealnie dobranych dla mojej cery! Dziękuję Ci jeszcze raz Asiu! :*


W związku z tym, że w listopadzie obchodziłam urodziny, od mojego ukochanego dostałam moje ulubione perfumy, czyli klasyczną Euphorię od Calvina Kleina. Poprzedni flakon nieubłaganie dobija dna i od dłuższego czasu starałam się go oszczędzać, teraz już nie muszę! :)


W listopadzie dopisywało mi również szczęście, jeśli chodzi o wygrane w rozdaniach - powyżej świetna nagroda, którą zdobyłam u La Frambuesa. Nigdzie nie udało mi się upolować limitowanki Wild Craft z Essence, a przynajmniej tych produktów, którymi byłam najbardziej zainteresowana, ale okazało się, że one same do mnie przyszły. Dostałam dwa lakiery - fioletowy i cielisty, dwa cienie - fioletowy <3 i oliwkowy oraz piękny rozświetlacz. W dodatku Marysia dorzuciła mi dwa cudnej urody drobiazgi w postaci brązowej kredki Avon oraz Celii Nude w kolorze 606. To już moja piąta "nudna" Celia w kolekcji! Uwielbiam te pomadki! :)


No i na koniec listopada, dokładnie w moje urodziny, dowiedziałam się, że u Kasi z bloga Kolczyki Izoldy udało mi się również wygrać cudownie pachnącą puszkę Ciastka z The Body Shop, która zawiera w sobie trzy miniaturowe oraz jeden pełnowymiarowy produkt ze świątecznej linii o zapachu imbiru. Cudowności! Już tylko czekam, żeby zabrać je na poświąteczny wyjazd! :)

Taaaak... To by było na tyle, jeśli chodzi o najciekawsze zakupy i zdobycze! Ledwo poukładałam to wszystko na półkach, w pudełkach i innych schowkach. Teraz czeka mnie masa zużywania i mam nadzieję, że grudniowa wstrzemięźliwość w zakupach kosmetycznych znacznie mi to ułatwi ;)

A jak tam Wasze zdobycze? Czy w listopadzie udało Wam się spełnić jakieś szczególne kosmetyczne zachcianki, czy raczej starałyście się robić zakupy z głową? :)
K.
Czytaj dalej

wtorek, 11 grudnia 2012

Niekosmetycznie: Gdzie byłam, jak mnie nie było? Minirelacja z podróży małych i nieco mniejszych ;)

Cześć Dziewczyny!

W końcu wracam po małej przerwie! Część z Was już wie, że mój ostatni tydzień był prawdziwą gonitwą - dużo się działo i było to związane zarówno ze zmianami w pracy, jak i przygotowaniami do egzaminu praktycznego na prawo jazdy oraz całym tym okołoświątecznym okresem przygotowań. Na ten tydzień nałożyło mi się kilka ważnych spraw i spotkań, a także wyjazdów, które w znacznej mierze były bardziej przyjemnością, niż obowiązkiem, ale nie da się ukryć, że były one bardzo absorbujące.

W związku z tym, że ja i mój ukochany obchodzimy jego urodziny i moje imieniny jednego dnia, to dostaliśmy pewien czas temu (w lipcu :P) w ramach prezentu grupon na weekend w Puławach z dojazdem do Kazimierza Dolnego. Dostaliśmy ten prezent w okresie, kiedy sporo podróży mieliśmy zaplanowanych i nie bardzo wiedzieliśmy kiedy go wykorzystać, w końcu, jak to zwykle bywa - czas zadecydował za nas - i wybraliśmy się w ostatniej chwili, czyli w miniony weekend mikołajkowy.

Wiele z Was pewnie pokręci nosem, mówiąc, że jak to Kazimierz? Zimą? A właśnie, że zimą! Wiosną, czy latem jeżdżą wszyscy, a i my nie raz tam już byliśmy. Dobrze wiemy, jak wygląda to miasteczko ciepłą porą, wiemy jak wyglądają zamek i baszta, co widać z góry Trzech Krzyży i jak pływa się statkiem po Wiśle. Wydawałoby się, że Kazimierz, ogołocony z tych atrakcji, zimą zamiera. Może i tak, ale tym razem nam na tym nie zależało, chcieliśmy spokojnie pospacerować po miasteczku, przysiąść w jakiejś knajpce i zrelaksować się samym faktem wyjazdu. Pora dnia i roku zweryfikowała nasze plany, ponieważ kiedy tylko pojawiliśmy się w niedzielę w miasteczku, okazało się, że trafiliśmy w sam środek Jarmarku Świątecznego. Chyba nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszych atrakcji. Wiem, że teoretycznie coś podobnego znalazłabym w setkach innych polskich miast, może nawet i w Warszawie, ale tam miało to swój niepowtarzalny urok.

Pozdrowienia znad barszczyku! ;)
Rynek, w towarzystwie ogromnej choinki, przywitał nas świątecznymi piosenkami i zapachami przepysznych zimowych specjałów. Na początek skusiliśmy się więc na grillowane oscypki z żurawiną oraz grzańca. Później pochodziliśmy między alejkami i obkupiliśmy się co nie miara - dekoracje świąteczne hand made (m.in. zawieszki w kształcie serca, wypełnione aromatyczną lawendą, obszyte piękną koronką czy haftowane bombki), mały zapas nietypowych miksów herbaty sypanej (oczywiście, że zielonej!), czy też w prawdziwy miód pszczeli. Trafiliśmy też do świetnej galerii z pięknymi artykułami dekoracyjnymi i udało się nam skompletować tam część prezentów świątecznych dla naszych najbliższych, tam też wybrałam sobie element prezentu od mojego ukochanego, który ozdobi moją przyszłą toaletkę (której zakup już tuż-tuż! :)). Na pewno zaprezentuję Wam ją z bliska, jak tylko zrobimy sobie "naszą" Wigilię.


Po dłuższym spacerze, również nad Wisłą, zdecydowaliśmy się wrócić na Rynek i wzięliśmy się za rozpracowywanie kolejnych specjałów, tym razem mój ukochany barszczyk czerwony, a do tego kapustę z grzybami i pierogi. Z tego wszystkiego stwierdziliśmy, że nawet nie ma sensu pchać się gdzieś do knajpki, ponieważ na Jarmarku był tak genialny, świąteczny klimat, że nawet TVN nie powstydziłby się go w swoich filmach czy serialach ;)

Na Jarmarku urzekły mnie przede wszystkim ręcznie wykonane ozdoby i zabawki świąteczne. A było w czym wybierać - choinki dekoracyjne były wykonane m.in. z piórek, z muszelek, czy z makaronu typu świderki. Wśród zabawek można było znaleźć przytulanki w kształcie kotków (sama bym go kupiła dla siebie! :)), lalek, słoniów, czy żyraf. Oprócz tego bombki w kształcie miękkich serduszek z lawendą, różnokolorowych ptaszków, czy koronkowych kul i gwiazdek. Chyba dobrze, że można było płacić tylko gotówką, bo gdybym w ruch poszłaby karta, to prawdopodobnie sama wykupiłabym większość asortymentu, a tak gotówki wystarczyło mi już tylko na kawę w MacDrive w drodze powrotnej ;)


Szczerze przyznam, że trochę nie chciało nam się jechać, bardziej z racji samego dojazdu, bo wiadomo, że na miejscu zawsze jest miło, ale na szczęście okazało się, że trasa minęła nam bardzo szybko, hotel okazał się być bardzo przytulny, jedzenie przepyszne, a w samym Kazimierzu jeszcze tyle atrakcji! No i w końcu udało nam się kupić słynne koguty z Piekarni Sarzyński, w ubiegłym roku, w sierpniu - o podobnej porze - byliśmy spóźnieni o dobre kilka godzin ;)


Nigdy nie przepadałam za zimowymi wyjazdami, do tej pory kojarzyły mi się tylko ze sportami zimowymi, których zwyczajnie nie uprawiam, bo nie umiem i nigdy nie czułam szczególnego pociągu do ich nauki. Kazimierz udowodnił mi jednak, że zimą również można przyjemnie spędzić czas poza miastem i to nie tylko na nartach. Polecam czasami otworzyć oczy i spojrzeć na wyjazdy nierutynowo, tym bardziej, jeśli macie ochotę odwiedzić już znane Wam miejsce, ale myślicie sobie, że wszystko już tam widzieliście. Kazimierz zimą, to prawie zupełnie inne miasteczko! :)

A może wybieracie się gdzieś na Święta lub Sylwestra? Jakie są Wasze cele wyjazdowe na ten czas? Celujecie raczej w sporty zimowe, zwiedzanie, czy może wręcz tropiki? :)
K.

P.S. Nie tylko weekend wiązał się dla mnie z wyjazdami, w czwartek ruszyłam do Poznania, w związku z zaproszeniem na firmową Wigilię nr 1, a kolejnego dnia wracałam do Warszawy i pognałam na firmową Wigilę nr 2. Nie wypada pisać o szczegółach, więc te sobie daruję, a zamiast tego uraczę Was jeszcze zdjęciem poznańskiej choinki. Jeśli znajdę jeszcze kilka ciekawych zdjęć, to może wrzucę za jakiś czas post z małym mobile mixem :)


P.S.2 Ja i moje obietnice. Ten post miał się ukazać już wczoraj wieczorem, ale zanim wróciłam do domu i skończyłam go pisać, to większość z Was pewnie dawno już spała, więc ustawiłam automatyczną publikację. Mam nadzieję, że nie pogniewacie się na mnie aż tak bardzo ;)

P.S.3. Dziś wieczorem wybieram się na przedświąteczną kawkę blogerek, zwaną również blogerską Wigilią, której organizacji podjęła się Sylwia z Lilesly Inspirations. Na pewno będzie super! :)

Buziaki,
K.

P.S.4. Na wszystkie komentarze, które pojawiły się w ciągu kilku ostatnich dni odpowiem jeszcze przed napisaniem kolejnego tekstu! :)
Czytaj dalej

środa, 5 grudnia 2012

Listopadowe denko

Cześć Dziewczyny!

Wracam z obiecanym postem denkowym! Tym razem jest nieco skromniej niż we wrześniu i październiku, ale po tak dużych zużyciach muszę dać sobie czas na zużycie kolejnych produktów. Pewnie powinnam się bardziej skupić też na zużywaniu kosmetyków kolorowych, ale bardzo tego nie lubię, zwłaszcza, jeśli przywiązuję się do jakiegoś produktu, to po prostu nie lubię, jak mi się kończy... ;)

Z pielęgnacją jest trochę łatwiej o rozstania, zarówno pod względem szybkości wykańczania, jak samym faktem wykończenia produktu. Jakoś tak mniej mnie chwytają za serce, co zresztą widać po ulubieńcach. Jeśli jednak jakiś produkt wyjątkowo mnie urzeknie, to jest więcej, niż pewne, że do niego wrócę, jeśli tylko jest jeszcze dostępny. Zresztą widzę to po tych listopadowych denkach - jest tu stosunkowo sporo produktów, których kolejne opakowanie zużyłam do ostatniej kropli :)


W tym miesiącu udało mi się zużyć 13 produktów, co i tak jest dość przyzwoitym wynikiem. Mimo wielu produktów, które do mnie trafiają w każdym miesiącu, staram się pilnować i na bieżąco zużywać te otwarte, zanim zabiorę się za coś nowego.


1. Żel micelarny do mycia i demakijażu; Be Beauty - Biedronka (150ml; ok.5zł).
To mój zdecydowany ulubieniec do oczyszczania twarzy, tym bardziej, odkąd Rossman wycofał mój ulubiony krem do mycia twarzy z Alterry. To już moja druga, albo trzecia żużyta tubka i na pewno jeszcze nie raz wrócę do tego produktu, bo świetnie się u mnie sprawdza. Chętnie również wypróbuję pozostałe dostępne wersje. Produkt recenzowałam już TUTAJ.

Następca: żel peelingujący Technologia Wieku - Pielęgnacja Młodości z AA.

2. Tonik nawilżająco-oczyszczający; Lirene (200ml; ok.12zł).
To mój zdecydowany hit, jeśli chodzi o toniki. Moja skóra świetnie na niego reagowała, dobrze ją odświeżał i oczyszczał, a do tego przyjemnie pachniał. Już kupiłam kolejny! Pełna recenzja TUTAJ.

Następca: płyn micelarny Sebo-Micelar z serii Pharmaceris T.


3. Kremowy płyn do higieny intymnej Lactima Duo Łagodzenie; Lirene (300ml; ok.13zł).
Bardzo dobry płyn do higieny intymnej, nie podrażniał i dobrze oczyszczał. Był szalenie wydajny, nawet pomimo tego, że stosowałam go również podczas depilacji nóg, ponieważ nadawał dobry poślizg maszynce i zapobiegał ewentualnym podrażnieniom. Chętnie wypróbuję również inne wersje tego płynu.

Następca: Żel do higieny intymnej Facelle Sensitiv

4. Trójaktywny krem antycellulitowy Body Art; Dr Irena Eris (200ml; ok.90zł).
Dobry krem wspomagający codzienną walkę z celulitem. Niestety przy produktach tego typu mam świadomość, że sam kosmetyk nie jest w stanie zwalczyć niechcianej pomarańczowej skórki i rzadko w ogóle zauważam jakikolwiek efekt stosowania takiego kosmetyku. W tym przypadku myślę, że wygląd mojej skóry odrobinę się poprawił, ale wiążę to również z faktem, że przez pierwsze dwa miesiące, kiedy z niego korzystałam starałam się też dbać o ćwiczenia. Na pewno zauważyłam efekt ujędrnienia skóry na udach i delikatne ustąpienie pomarańczowej skórki, jednak nie jest to na tyle spektakularny efekt, żebym była w stanie pozwolić sobie na jego ponowne kupno. Jak dla mnie to niestety zbyt drogi kosmetyk i bardziej opłacałoby mi się zainwestować w karnet na fitness i regularne z niego korzystanie ;)

Następca: Ujędrniający balsam do ciałam MaXSlim od Lirene.


5. Szampon dla dzieci; Babydream (200ml; ok.5zł).
Bardzo dobry, delikatny szampon do włosów. Stosowałam go zarówno do zmywania olejów z włosów, jak i do prania pędzli. W obu tych przypadkach dobrze się sprawdzał i pewnie jeszcze do niego wrócę. Potwierdzam też to, co pisała o nim większość dziewczyn - nie polecam stosowania go bez odżywki, ponieważ mocno plącze włosy.

Następca: płyn do higieny intymnej Facelle Sensitiv - tak, tak i ja zamierzam tym razem wypróbować coś, co z założenia jest przeznaczone do innego celu, ale ze względu na dobry skład podobno świetnie nadaje się również do włosów :)

6. Szampon do włosów z linii Silicone Free Repair & Fullness; Syoss (500ml; ok.15zł).
Bardzo dobry szampon do włosów, który polubiłam nie tylko ja, ale również mój chłopak. On korzysta z niego codziennie, ja tylko raz na jakiś czas, w celu mocniejszego oczyszczenia włosów. To już nasza druga butelka i kupilibyśmy kolejną, gdyby akurat nie zabrakło go w sklepie, daliśmy więc szansę jego koledze z nieco innej linii. Pełna recenzja tego szamponu TUTAJ.

Następca: szampon wygładzający Smooth Relax od Syoss


7. Żel pod prysznic o zapachu melona i arbuza Tutti Frutti; Farmona (250ml; ok.10zł).
Bardzo przyzwoity żel, dobrze sprawdzał się w wakacje, kiedy jego słodki, nieco egzotyczny zapach był bardzo wskazany, pod koniec trochę mi się znudził, tym bardziej, że używałam jeszcze kilku innych produktów z tej samej linii zapachowej. Jeśli wrócę do niego, to z ciekawości sięgnę po inny zapach. Pełna recenzja TUTAJ.

8. Żel pod prysznic o zapachu melona; Balea (250ml; ok.1 euro).
Baaaardzo przyjemny, pięknie pachnący żel! Żałuję, że kosmetyki Balea nie są zbyt łatwo dostępne w Polsce, bo inaczej mogłabym żonglować coraz to nowymi zapachami tych żeli. Świetnie oczyszczał, pięknie pachniał i relaksował. Nawet teraz zapach nie wydawał mi się zbyt wakacyjny i przypominał zapach prawdziwego owocu. Kupię ponownie, jeśli tylko uda mi się go jeszcze kupić przy okazji gdzieś na allegro, ponieważ była to edycja limitowana.

9. Żel + oliwka z mango; Lirene (250ml; ok.8zł).
Uwielbiam ten żel i co jakiś czas chętnie do niego wracam. Bardzo przyjemnie pielęgnuje skórę, oczyszcza ją, nie wysusza i bardzo przyjemnie pachnie. Mam jeszcze dwie butelki w zapasie. Produkt recenzowałam TUTAJ.

Następcy: żel z granatem Pharmatheiss oraz nowe żele pod prysznic marki Original Source - pomarańcza & lukrecja i śliwka & syrop klonowy


10. Płyn micelarny Sensibio H2O; Bioderma (100ml; ok.10zł).
Dziwię się, że do tej pory nie wtrąciłam swoim kilku groszy na temat tego popularnego płynu micelarnego. U mnie sprawdza się świetnie i bardzo go lubię. Mam jeszcze butelkę 500ml, ale zastanawiam się, czy jest sens jeszcze używać tę końcówkę po upływie roku od otwarcia. Mam jeszcze jedną małą buteleczkę i na pewno chętnie będę kupować kolejne. Na pewno napiszę wkrótce więcej, więc póki co nie zdradzam więcej szczegółów ;)

Następca: dwufazowy płyn do demakijażu Awokado od Bielendy

11. Żel z 80% zawartością aloesu i arniki Pure Nature; Oriflame (50ml; cena zależna od promocji - 15-25zł).
Bardzo lubię ten żel, ze względu na jego właściwości łagodzące i nawilżające. Świetnie się sprawdza na wszystkie podrażnienia i daje skórze natychmiastową ulgę. Używam go zarówno solo, jak i na noc pod krem. To już moja kolejna tubka i pewnie kupię następną, jeśli nadarzy się okazja.

13. Maseczka nawilżająca z glinką zieloną; Ziaja (7ml; ok.1,50zł).
Dość dobra maska nawilżająca do twarzy. Wcześniej nie doceniłam tak bardzo jej działania, ale teraz, kiedy na noc używam kremów z kwasem migdałowym, dodatkowe nawilżenie bardzo się przydaje, a moja skóra dużo lepiej na nie reaguje. Chętnie kupię ponownie i napiszę o niej więcej, bo to bardzo tania i skuteczna maska.


13. Zmywacz do paznokci Nailty; Biedronka (produkt wycofany).
Nareszcie udało mi się zmęczyć tę ogromną butlę zmywacza. Na początku byłam bardzo zadowolona z jego działania, ale im częściej go używałam, tym miałam wrażenie, że bardziej zostawia biały osad na moich paznokciach. Zanim jeszcze się dowiedziałam, że został wycofany i zastąpiony nowym produktem, już wiedziałam, że na tej (drugiej już) butelce ta przygoda się zakończy.

Następca: zielona Isana

No i tym razem to by było na tyle. Najliczniej prezentują się żele pod prysznic i szampony, chyba niezły ze mnie czyścioch... ;) A jak Wam poszło w tym miesiącu?
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Ulubieńcy listopada

Witajcie Dziewczyny!

Mamy już trzeci dzień grudnia, a to najlepsza pora, żeby rozpocząć kosmetyczne podsumowania listopada. Tym razem zacznę od ulubieńców miesiąca. Następnie powinny pojawić się denka i oczywiście zdobycze. Nie wiem, czy uda mi się umieścić te posty dzień po dniu, ponieważ nie mam jeszcze wszystkich zdjęć, a ten tydzień, jak i w ogóle cały miesiąc zapowiadają się być intensywne! Już od grudnia zaczynam dodatkową pracę, a poza tym mam kilka ważnych spraw, którymi chciałabym się zająć do końca roku, więc z racji tego, że niewiele czasu mi zostało, bo jak wiadomo ostatni miesiąc w roku ucieka najszybciej, w grudniu może zdarzyć się tak, że będzie tutaj odrobinę ciszej, niż zwykle. Jak to się mówi, pożyjemy - zobaczymy! ;)

Zajmijmy się jednak tematem dzisiejszego posta, czyli ulubieńcami! Jest tu kilka powtórek, ale i kilka nowości, które w kilku słowach Wam przybliżę.


Jedynym produktem do pielęgnacji, który wyróżniłam w tym miesiącu jest bogaty balsam do dłoni z linii Home Spa Pat&Rub, którego odlewkę otrzymałam w paczuszce od kochanej Hexxany. Nie dość, że balsam pachnie rewelacyjnie, jest megawydajny, nawet jak na odlewkę (dość obfitą warto wspomnieć), to jeszcze naprawdę świetnie troszczy się o dłonie. W ciągu dnia korzystam z innych kremów do rąk, ale ten balsam na tyle zdobył sobie moje serce, że noc należy tylko do niego ;)


Jeśli chodzi o cienie, to w moje ręce najczęściej wpadały dwa sprawdzone zestawy - paletka Catrice z limitowanki Hollywood's Faboulous 40'ties i trzy cienie z mojej dziesiątki Inglota. W obu przypadkach jestem bardzo zadowolona zarówno z jakości, trwałości, jak i kolorystyki cieni i świetnie się w nich czuję. W dodatku jestem w stanie wykonać nimi naprawdę ekspresowy makijaż oka i często robię go tylko dwoma cieniami. Oj tak, w listopadzie zupełnie nie chciało mi się eksperymentować! ;)

Zbliżenie na kolory z paletki Catrice - Hollywood Boulevard.


Oraz zbliżenie na ulubioną trójkę z Inglota - szampański, perłowy beż (395P) na całą powiekę i szarość w załamaniu (502DS), to najprostsze połączenie, jakie stosowałam. W przypływie czasu, sięgałam też po fioletowo-szary perłowy cień (420P) i aplikowałam go w zewnętrznym kąciku, przy jednoczesnym zachowaniu powyższego szablonu, dotyczącego pozostałych dwóch kolorów ;)

Zbliżenie na kolory z Inglota.
Od lewej: 395P, 420P, 502DS
W listopadzie zaczęłam również częściej sięgać po szminki. Wprawdzie sięgałam również po bardziej wyraziste kolory, niż te, które pokazuję poniżej, ale do pracy te były zwyczajnie bezpieczniejsze, więc siłą rzeczy to one częściej wpadały w moje ręce. Są to (na zdjęciu od lewej) kolejno L'Oreal Rouge Caresse w odcieniu 101 Tempting Lilac (oczywiście nowość z Rossmanowskich polowań!), Catrice Ultimate Color Pinkadilly Circus (jest to piękny, ciepły, malinowy róż, który na zdjęciu jest zupełnie przekłamany i niepodobny do tego rzeczywistego), no i oczywiście moje faworytki - pomadko-błyszczyki Celia Nude w kolorach 602 i 603.


Kolejnymi ulubieńcami są już po raz kolejny róż z Alverde (04) i podkład mineralny Lily Lolo (Warm Peach), które zdecydowanie dominowały w moim listopadowym makijażu. Wprawdzie w tym miesiącu sięgałam też po dwa inne podkłady (płynne, z lenistwa ;)), ale to jednak Lily Lolo grał i myślę, że długo jeszcze będzie grać pierwsze skrzypce. A jeśli chodzi o róż, to no cóż... Alverde jest u mnie ostatnio niezastąpiony! ;)

Puder antybakteryjny Synergen (03), to mój ulubieniec od dłuższego czasu - i mimo, że akurat z LL średnio się lubi, to mocno doceniam jego działanie, kiedy sięgam po płynne podkłady. Fantastycznie utrzymuje mat na mojej skórze i robi to dużo lepiej niż masa innych pudrów, których używałam. Kolejnym hitem z niskiej półki jest też nowo zakupiony tusz Wibo Growing Lashes, który zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Może nie będzie to mój KWC, ale w pewnością jest to bardzo dobry tusz i chętnie zdradzam z nim ulubiony Max Factor.


Jeśli chodzi o inne przyjemności - w listopadzie chętnie upajałam się zapachem Twilight Woods z Bath & Body Works. Wiele dziewczyn już wcześniej pisało, że to ich hit zapachowy, ale ja już miałam kilku ulubieńców z innych kategorii, kiedy jednak chcąc skorzystać z 25% zniżki nie zastałam moich ulubionych zapachów w formie wody toaletowej, to stwierdziłam, że sprawdzę o co chodzi z tym Twilight. Oj dziewczyny! Chodzi! To jest tak niesamowicie ciepły, słodki, otulający, a jednocześnie nie mdlący, ani niezbyt ostry zapach, że z miejsca się w nim zakochałam i w tej chwili tylko Euphoria od Calvina Kleina skutecznie z nim konkuruje. Reszta poszła w odstawkę! :)


Z mojej strony to by było na tyle, jeśli chodzi o ulubieńców! Myślę, że najpóźniej pojutrze pojawię się u Was z wpisem denkowym, więc do zobaczenia! Do tej pory jednak chętnie poczytam jakich Wy miałyście ulubieńców w listopadzie i czy znacie i lubicie moje hity minionego miesiąca :)
K.
Czytaj dalej

sobota, 1 grudnia 2012

TAG: Osłoda dnia jesiennego i I Love Fall

Zanim zabiorę się do podsumowań listopada i zanim jesień całkiem zamieni się w zimę, pomyślałam, że skuszę się jeszcze na dwa jesienne tagi, które dotarły do mnie już dłuższy czas temu, ale niestety ja już tak mam, że do tagów zbieram się tygodniami... ;)

Odpowiedzi zawarte w ramach poniższych tagów są o tyle aktualne, że wszelkie te sposoby na jesienną chandrę, które opisuję poniżej, wcale nie tracą na wartości również i zimą, więc myślę, że nic straconego, a opóźnienie zostanie mi wybaczone! ;)


Zasady:
1. Umieść na blogu wpis, a w nim banner tagu oraz link do inicjatora zabawy - Sonji.
2. Napisz, kto Cię otagował.
3.  Opisz i/lub pokaż za pomocą zdjęć, w jaki sposób radzisz sobie z jesienną chandrą, co poprawia Ci nastrój jesienią. 
4. Otaguj minimum 5 osób.


Otagowała mnie Asia z bloga Kosmetyczny Przekładaniec.

Po pierwsze i najważniejsze (oczywiście poza towarzystwem mojego mężczyzny - bo to cenię sobie przez cały rok ;)) - nie ważne czy jestem u mojego M., czy u mamy - moim stałym domowym odzieniem jest kocyk! Nie zważając na temperaturę (potrafię się nim owijać nawet latem :P), kocyk to pozycja obowiązkowa! Nie ma dla mnie nic bardziej relaksującego niż milutki i mięciutki kocyczek, pod który chętnie zabieram towarzystwo - przeważnie mojego mężczyznę, ale jeśli nie ma takiej możliwości, bo jestem u mamy, to zagarniam moją futrzastą łobuziarę :) No chyba, że akurat puszcza bąki... Tak, koty też puszczają bąki... :P


Skoro już o futrzycy mowa - teraz już coraz rzadziej jestem w domu i skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie tęsknię za tą marudną, rozwrzeszczaną kupą kłaków, zwaną po prostu Kotą, która zimą rozszerza się do wymiarów małego słonia i ciągle woła o więcej jedzenia - najchętniej wątróbki, albo chociaż galaretki z mięska w puszce... ;) Uwielbiam psy, ale koty, mimo ich nieco egoistycznej natury, po prostu kocham troszkę bardziej. Może ze względu na to, że jako dzieciak prawie zawsze miałam jakiegoś kota (czarne zwane Mruczkami lub rude zwane Garfieldami), a może dlatego, że kot zwyczajnie spędza więcej czasu w domu, niż pies... Tak czy inaczej, szczególnie przepadam za tą kociczką - im bardziej marudna i sfochowana, tym więcej mam z niej pociechy. Najwięcej, jak napruje się wątróbką, rozłoży na środku pokoju i miauczy już z daleka, żeby do niej nie podchodzić, bo ona trawi... Wygląda wtedy mniej więcej jak wąż, trawiący słonia (pamiętacie Małego Księcia? KLIK ;)). Próbki kocich sposobów na lenistwo poniżej.


Jesienią (i zimą też) lubię otulać się ciepłymi, orientalnymi zapachami. W tym miesiącu zakochałam się w zapachu Twilight Woods z Bath & Body Works. Wprawdzie jest nieco inny, niż zapachy, po które do tej pory sięgałam, niemniej jednak idealnie wpisuje się w konwencję - ciepłego i "przytulnego" ;)


Od czasu do czasu uwielbiam umilić sobie czas i otoczenie pachnącymi świeczkami lub woskami. Ostatnią nowością w moim małym zbiorku są podgrzewacze z Biedronki o zapachu czekolady i wiśni. Pachną cudownie i są dość dobrze wyczuwalne. Skusiłam się również na wersję śliwkową, ale tej jeszcze nie próbowałam.


Jesień to czas, kiedy znowu miewam książkowe zrywy. Jestem molem książkowym i nieustannie kolekcjonuję nowe pozycje i z radością ustawiam je na półkach, dlatego książka, to zawsze dobry prezent. Tym razem moja ukochana Stefi (zgodnie z życzeniem - pozdrawiam i całuję gorąco! ;)) sprawiła mi urodzinowo najnowszego Cobena, po którego chętnie sięgam w wolnej chwili! :)


Co jeszcze? Jesienią wlewam w siebie hektolitry herbaty - przede wszystkim zielonej i białej. W drugim tagu znajdziecie zdjęcie mojego zielonego zbiorku, uszczuplonego jedynie o moją ulubienicą - herbatę zieloną z jaśminem. Ostatnio odkryłam też nowość od Liptona, czyli białą herbatę z liczi i imbirem, która w parze z zieloną z liczi od Teekanne jest ostatnio grana na okrągło! Wprawdzie nie należę do kawoszy, kawę pijam głównie jeśli jestem baaardzo senna, co i tak niewiele mi pomaga, ale zazwyczaj sięgam po ten napój przy okazji miłych, plotkowych spotkań. Czasami mam jednak zwyczajnie ochotę i wtedy gdzieś w biegu łapię na wynos ukochanego Tigera z Coffee Heaven i rozgrzewam się już od samego cynamonowego aromatu tego napoju.


Niby nic niezwyczajnego, ale wszystkie te drobiazgi skutecznie umilają mi jesienną porę i tak naprawdę dopiero styczeń i luty męczą mnie najbardziej, jeśli chodzi o chłodne miesiące... ;) Zostanę jednak jeszcze na chwilę w jesiennej porze i zrealizuję drugi tag, którym oznaczyła mnie Sylwia z Lacquer Maniacs.




1. Ulubiona jesienna szminka?
Jesienią najczęściej sięgam po moje trzy ulubienice z Celii, czyli pomadko-błyszczyki z serii Nude. Na zdjęciu numerki 601, 602 i 603 (od lewej). Teraz przybyły mi jeszcze 604 i 606.


2. Ulubiony jesienny lakier? 
Trudno mi stwierdzić jednoznacznie, ale chyba będzie to Essie - Virgin Orchid.


3. Napój który towarzyszy Ci w jesienne dni? 
Wyżej wszystko dokładnie opisałam, więc zostaje mi zaprezentować tylko moją zieloną kolekcję ;)


4. Ulubiona świeca zapachowa? 
Może nie ulubione, ale takie, których zapachu najprzyjemniej wodziły mnie za nos, to samplerki z Yankee Candle o zapachu White Gardenia i Sandalwood Vanilla.


5. Ulubiony jesienny zapach? 
To już kolejny rok klasyczna Euphoria od Calvina Kleina. Moja buteleczka powoli zaczęła dobijać dna, więc zaczęłam ją oszczędzać (czy Wy też tak macie, że nie lubicie wykańczać ulubionych zapachów i oszczędzacie je na czarną godzinę? ;)). Na szczęście mój luby uratował sytuację i sprezentował mi nowy flakonik na urodziny <3


6. Ulubiony szalik i/lub akcesoria? 
Jestem zmarźluchem. Może nie mam ulubionego szalika, ale z pewnością mam ulubione akcesoria, którymi bezapelacyjnie są rękawiczki! No gdzie jak gdzie, ale w ręce to po prostu musi mi być cieplutko! ;) Na zdjęciu mój najnowszy nabytek - zapłaciłam za nie całe 10zł w Butiku :))))


7. Gdybyś poszła na imprezę halloweenową za co byś się przebrała? 
W tej kwestii zawsze brakuje mi pomysłów i co roku liczę na to, że do kolejnej takiej imprezy wpadnę na jakiś pomysł, co nigdy nie następuje... :P

8. Jaki trend tej jesieni podoba Ci się najbardziej? 
Nawet nie wiem, jakie trendy obowiązują tej jesieni, ale moim prywatnym trendem jest sięganie po wszystko w odcieniach fioletu, granatu i czerni. Idzie zima!

9. Co lubię, czego nie lubię w jesieni?
Nie lubię zimnego, przeszywającego wiatru i ulewnych deszczy, co na szczęście w tym roku na szczęście nas ominęło!

Nie taguję nikogo, ponieważ oba tagi są już dość "stare" i przypuszczam, że te z Was, które chciały, już dawno wykonały je u siebie! A jak tam Wasze uwielbienie dla zimnych miesięcy? Lubicie, czy wręcz przeciwnie - już z utęsknieniem czekacie na wiosnę? :)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast