sobota, 1 czerwca 2013

Skittles Manicure na Dzień Dziecka! :) + Essie Resort 2013

Cześć Dziewczyny!

Pewnie większość z Was już wie, że Skittles Manicure na Dzień Dziecka zaczyna się robić naszą małą świecką tradycją :) W ubiegłym roku zupełnie o tym zapomniałam, ale w tym roku stwierdziłam, że nie mam żadnego usprawiedliwienia, żeby odpuścić sobie tak pozytywny manicure :)

Oszczędzę Wam zbliżeń, bo nie wyszło mi to najlepiej pod względem jakości, ale za to jestem oczarowana połączeniem kolorystycznym! :)


Do mojego dzisiejszego manicure wybrałam następujące lakiery Essie:
różowy - Cascade Cool (kolekcja Bikini So Teeny 2012)
fioletowy - Under-Where? (kolekcja Resort 2013)
czerwony - Come Here (kolekcja Resort 2013)
zielony - First Timer (kolekcja Resort 2013)
niebieski - In The Cab-Ana (kolekcja Resort 2013)






To chyba ostatni tak kolorowy manicure w najbliższym czasie. Niestety moje paznokcie są ostatnio w bardzo kiepskim stanie, więc chyba na jakiś czas zrezygnuję z lakierów kolorowych i skupię się na porządnym odżywieniu płytki. Macie jakieś sprawdzone odżywki, które pomagają na suche i rozdwajające się paznokcie?

Jak Wam mija Dzień Dziecka? Macie już swoje Skittles na paznokciach? :)
K.
Czytaj dalej

piątek, 31 maja 2013

Balsamy Blistex - mini przegląd i moja opinia :)

Witajcie Dziewczyny!

W dzisiejszym poście chciałabym Wam pokrótce przybliżyć trzy rodzaje balsamów Blistex, które ostatnimi czasy zdobywają coraz większą popularność wśród blogerek. Spośród pięciu, czy nawet sześciu dostępnych wersji ja posiadam trzy - wersję klasyczną w sztyfcie Blistex Classic, wersję nadającą ustom kolor Blistex Lip Brilliance oraz krem do zadań specjalnych Blistex Lip Relief Cream.


Pierwszy Blistex w sztyfcie kupiłam sobie sama i bardzo go polubiłam, wersję koloryzującą dostałam w ramach upominku od mamy mojego Michała, a wersję w kremie otrzymałam do przetestowania od agencji reprezentującej markę Blistex.


BLISTEX LIP BRILLIANCE
Blistex Lip Brilliance, to pomadka w sztyfcie, która ma za zadanie nie tylko dbać o usta, ale również je podkreślać poprzez nadanie im delikatnego koloru i nabłyszczenie ich. Balsam zawiera filtr SPF15.

Balsam dość dobrze nawilża usta i pomaga w utrzymaniu ich dobrej kondycji, ale moim zdaniem nie jest to produkt do tak zwanych zadań specjalnych. Raczej nie poradzi sobie z bardzo przesuszonymi ustami, ale na co dzień jest wystarczający jako produkt ochronny, o ile na noc stosujemy balsam, który wspomoże nasze usta w głębszej regeneracji. Produkt bardzo przyjemnie pachnie owocami, ten zapach kojarzy mi się z napojami wieloowocowymi lub z owoców tropikalnych.

Lip Brilliance nadaje stosunkowo wyraźny, choć nadal delikatny, kolor. Usta po zastosowaniu tego balsamu przybierają kolor będący mieszanką ciepłego różu z czerwonymi tonami. Moje usta są dość wyraźnie podkreślone (mniej więcej tak jak po zaaplikowaniu Celii Nude). Balsam zawiera mnóstwo delikatnych drobinek, które rozświetlają usta, ale jeśli nałożymy produkt w nadmiarze, zamiast rozświetlenia uzyskamy raczej niezbyt pożądany efekt ust pociągniętych perłową pomadką.

Lubię ten produkt na co dzień, w dni kiedy mam ochotę delikatnie podkreślić usta. Jestem dość zadowolona z jego właściwości pielęgnacyjnych, ale nie stawiałabym na ten produkt jako główny filar pielęgnacji moich ust.


BLISTEX LIP RELIEF CREAM
Blistex Lip Relief Cream ma za zadanie dbać o usta, kiedy te potrzebuję szczególnej ochrony. Według producenta przyspiesza gojenie opryszczki oraz regenerację naskórka, a także intensywnie nawilża. Zawiera filtr SPF10.

Od razu zaznaczę, że nigdy nie miałam problemów z opryszczką, więc nie miałam na szczęście okazji do testowania tego produktu w tego typu warunkach, jednak moje usta raz na jakiś czas potrzebują mocnego nawilżenia, żeby uniknąć pierzchnięcia i powstawania suchych skórek. W tej kwestii krem poradził sobie bardzo dobrze, stosuję go co kilka dni na noc i zawsze rano budzę się z miękkimi i dobrze nawilżonymi ustami. Warto sięgnąć po niego na noc, jeśli następnego dnia mamy ochotę zastosować szminkę w intensywnym kolorze. Regularne stosowanie produktu ułatwia utrzymanie ust w dobrej kondycji i przyspieszenie ich regeneracji. 

Z tej wersji Blistexu jestem zadowolona najbardziej, ale lubię ją stosować tylko na noc. Produkt, z racji swojej formuły, ma konsystencję gęstego kremu, więc dość intensywnie bieli usta przez co zwyczajnie nie nadaje się na dzień. Owszem, można go stosować w mniejszej ilości, ale wtedy i tak trzeba by go wklepać w usta. Warto dodać, że ten produkt bardzo intensywnie pachnie mentolem i delikatnie mrowi usta, więc jeśli nie lubicie tego zapachu, to musicie wziąć ten fakt pod uwagę.


BLISTEX CLASSIC
Blistex Classic ma nawilżać usta i chronić je w każdych warunkach pogodowych, pielęgnować je i chronić przed przesuszeniem. Zawiera filtr SPF10.

Ten produkt również przypadł mi do gustu i jest jednym z moich ulubieńców do codziennej pielęgnacji ust. Myślę, że postawiłabym go na drugim miejscu, tuż za moją ulubioną Nivea Vitamin Shake. Z tego produktu korzystałam zarówno pod koniec zimy, jak i wiosną. Sprawdził się dobrze zarówno w zimne dni, jak i w te coraz cieplejsze. Podczas jego regularnego stosowania nie zauważyłam żadnych większych problemów z ustami i nie stosowałam w tym czasie nic szczególnego na noc. Uważam, że produkt dobrze nawilża usta i tylko raz na jakiś czas odczuwałam potrzebę nałożenia na noc czegoś bardziej treściwego.

Wersja klasyczna pomadki pachnie jak dla mnie ciasteczkami waniliowymi, albo maślanymi! Uwielbiam ten zapach, więc wyjątkowo chętnie sięgam po ten produkt. Uroku dodaje mu również lekko słodkawy posmak, choć akurat oblizywanie ust w czasie mrozu nie jest najlepszym pomysłem, dlatego trzeba się nieźle pilnować. Produkt ładnie nabłyszcza usta, ale nie nadaje im żadnego koloru.


Każdy z produktów kosztuje około 10 zł i jest dostępny w zasadzie w większości drogerii. Uważam, że ich cena nie jest wygórowana, a właściwości są porównywalne, a nawet lepsze, niż w przypadku popularnych balsamów Carmexu, które intensywnie pachną kamforą, co skutecznie mnie do nich zniechęca. Blistexy lepiej trafiają w moje upodobania zapachowe, a z ich działania jestem całkiem zadowolona. Z powyższej trójki najsłabiej wypada wersja Lip Brilliance, więc po nią sięgam najrzadziej, ale nie jest to na pewno zły produkt. Sądzę, że warto wypróbować te produkty.

Próbowałyście już Blistexów? A może macie ulubieńców do pielęgnacji ust wśród innych marek? Koniecznie podzielcie się swoimi wrażeniami i typami w komentarzach! :)
K.
Czytaj dalej

czwartek, 30 maja 2013

Lirene - peeling drobnoziarnisty

Cześć Dziewczyny!

Strasznie mi głupio, że tak wolno odpowiadam na Wasze komentarze, a co jakiś pojawiają się nowe wpisy. Uwierzcie, że ostatnio dużo łatwiej napisać mi jakiś lekki i przyjemny post, niż dosiąść się hurtem do komentarzy. Jeśli któraś z Was zadała jakieś pytanie, to na pewno otrzyma na nie odpowiedź, bo nie mam w zwyczaju zostawiać żadnego posta bez odpowiedzi na komentarze (no chyba, że gratulacje w wynikach konkursu, ale to już nie są słowa kierowane do mnie ;)) W najbliższe wolne dni, postaram się trochę nadrobić komentarze, ale jednocześnie nadal będzie mnie mało na blogu (znacznie łatwiej utrzymywać mi z Wami kontakt na fanpage'u, więc jeśli macie konto na facebooku, to zapraszam Was serdecznie! KLIK). Zostało już niewiele czasu do złożenia pracy, a ja mam jeszcze trochę do zrobienia, więc same rozumiecie - są rzeczy ważne i ważniejsze ;)

***
Na osłodę, zapraszam dzisiaj na recenzję dawno nie widzianej pielęgnacji! Tym razem produkt, który w ostatnich miesiącach skradł moje serce i stał się dobrym zamiennikiem recenzowanego kiedyś peelingu morelowego marki Soraya (KLIK). Z czystej ciekawości, kierowana dobrą opinią Gosi (KLIK), skusiłam się na peeling drobnoziarnisty z Lirene.


Obietnice producenta:
* peeling przeznaczony dla cery normalnej, suchej i mieszanej;
* głębokie oczyszczenie;
* wygładzenie;
* przywrócenie blasku i promiennego wygladu;

DZIAŁANIE:
Peeling rzeczywiście dobrze wywiązuje się ze swojego zadania - z odpowiednią mocą oczyszcza skórę z zanieczyszczeń i martwego naskórka. Nie jest tak mocny, jak wspomniana Soraya, ale jest to o tyle wygodniejsze, że dzięki temu łatwiej stopniować moc tarcie i dostosować ją do aktualnej kondycji cery. Jeśli tylko lekko zwilżymy skórę, peeling będzie znacznie bardziej odczuwalny, natomiast jeśli zastosujemy go na obficie zwilżoną cerę, wtedy jego moc jest jakby mniej wyczuwalna, drobinki łapią większy poślizg i nie przyczepiają się tak mocno do skóry, ale niemal równie skutecznie pozbywają się martwego naskórka z twarzy.

Skóra po zabiegu jest pięknie wygładzona, mięciutka i przyjemna w dotyku. Jest delikatnie zaczerwieniona, ale to normalne przy peelingach mechanicznych, a zaróżowienia na szczęście dość szybko schodzą. Jeśli chodzi o głębokie oczyszczenie, to cóż... jest ono raczej powierzchowne, ale ja oczyszczanie porów zostawiam przede wszystkim maskom glinkowym, które mają szansę wniknąć nieco głębiej, niż peeling. Jeśli macie problem z suchymi skórkami, to też polecam Wam wymienne stosowanie peelingu mechanicznego z peelingiem enzymatycznym (również polubiłam ten z Lirene), albo wręcz zastosowanie tylko tego drugiego. Oba produkty świetnie się uzupełniają i działają kompleksowo na skórze.

Myślę, że z peelingu drobnoziarnistego od Lirene mogą skorzystać również osoby z cerą mniej "gruboskórną", niż tłusta czy mieszana. Rzeczywiście ma szansę sprawdzić się również u osób z cerą suchą i normalną. Wrażliwcy w ogóle powinni unikać peelingów mechanicznych, więc pewnie i ten nie będzie dla nich najlepszy, ale nie ośmielę się doradzać Wam w tej kwestii ;)


KONSYSTENCJA:
Peeling, to stosunkowo zwarty żel, w którym zatopione są większe drobinki (które pełnią chyba funkcję ozdobną, bo w ogóle ich nie czuję ;)) oraz dużo mniejsze białawe drobinki, które nawet całkiem nieźle widać na powyższym zdjęciu, który w dotyku przypominają drobno zmieloną sól :)

KOLOR/ZAPACH:
Peeling ma biało-niebieski kolor i bardzo przyjemnie pachnie, nieco jakby kwiatowo. Zapach przypomina zapachy mnóstwa innych kosmetyków Lirene. Dorota (KLIK) ostatnio dobrze zauważyła, że mimo różnic w zapachach, Lirene ma w sobie coś tak charakterystycznego, że mimo wszystko łatwo rozpoznać produkty tej marki właścnie po tej nucie :)


WYDAJNOŚĆ:
Z peelingu staram się korzystać mniej więcej 1-2 razy w tygodniu, ale zauważyłam u siebie zrywy, podczas których najpierw intensywnie pielęgnuję cerę peelingami i maseczkami przez kilka tygodni, a później nagle o tym zapominam. Tym sposobem peeling gości już w moich zasobach dobre 4 miesiące. Trudno mi przez to określić z całą pewnością jego wydajność, ale tak na oko, szacowałabym, że wystarczyłby na jakieś 1,5-2 miesiące korzystania 1-2 razy w tygodniu.


OPAKOWANIE:
Opakowanie produktu, to miękka plastikowa tubka (75ml) z odkręcanym korkiem. Nie sprawia większych problemów - produkt łatwo wycisnąć ze środka, łatwo dozować jego ilość, a na czas wykonania zabiegu spokojnie można położyć peeling na umywalce i nie bać się, że coś z niego wypłynie. Generalnie średnio lubię odkręcane korki, ale jeśli konsystencja produktu jest odpowiednia, tak jak w tym przypadku, to jestem w stanie przymknąć na to oko :)


CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
ok.15 zł, dostępny prawdopodobnie w każdej drogerii i markecie :)

SKŁAD:
Aqua, Polyethylene, Glycerin, Coco-Glucoside, Betaine, Polysorbate 20, Triethanolamine, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Disodium Ricinoleamido MEA-Sulfosuccinate, MethylGluceth-20, Mannitol, Cellulose, Propylene Glycol, Ethoxydiglycol, Glucose, Butylene Glycol, Citrus Medica Limonum (Lemon) Juice, Sorbitol, Viccinum Myrtillus Fruit/Leaf Extract, Tocopheryl Acetate, Saccharum Officinarum (Sugar Cane) Extract, Hydroxypropyl Methylcellulose, Panthenol, Citrus Medica Limonum (Lemon) Extract, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Extract, Acer Saccharum (Suger Maple) Extract, Nelumbium Speciosum Flower Extract, Nymphaea Alba (Water Lily) Root Extract, Bambusa Vulgaris (Bamboo) Leaf/Stern Extract, Ascorbic Acid, Methylparaben, Methylchloroisothiazolinone, Potassium Sorbate, Methylisothiazolinone, Parfum, Benzyl Alcohol, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Linalool, CI 77007, CI 42090, Caramel, CI 60730

CZY KUPIĘ PONOWNIE:
Z pewnością tak! Po wykończeniu tego produktu pewnie sięgnę po coś innego, ale na pewno jeszcze wrócę do Lirene. To po prostu dobry produkt za umiarkowaną cenę. Dobrze działa, przyjemnie pachnie - kolejny produkt, po który mogę kupić w ciemno :)


A jakich Wy macie peelingowych ulubieńców? Czy jest jakiś hit, którego nie znam, a znać powinnam? :)
K.
Czytaj dalej

poniedziałek, 27 maja 2013

Wyniki konkursu z lakierami Essie! :)

Witajcie Dziewczyny!

Zjawiam się dzisiaj jeszcze raz, żeby ogłosić wyniki konkursu, w którym mogłyście wygrać dwa lakiery Essie! Waszym zadaniem było wytypowanie moich pięciu ulubieńców wśród lakierów tej marki i choć nie padła ani jedna pełna poprawna odpowiedź, to zgodnie z przewidzianymi zasadami konkursu - nagrodę zdobywają jedna lub dwie osoby, które jako pierwsze udzieliły pełnej odpowiedzi na pytanie, a w przypadku braku pełnej odpowiedzi, osoba lub osoby, które jako pierwsze udzieliły odpowiedzi najbliższej pełnej odpowiedzi.


Oto moi ulubieńcy:


Do zgarnięcia były lakiery Movers & Shakers i Go Ginza, a prawidłowej odpowiedzi (4/5 odgadniętych typów) jako pierwsze udzieliły:


oraz


Gratuluję i czekam na mail z adresem do wysyłki lakierów! :)
K.




Czytaj dalej

Essie - Fiji [swatche]

Cześć Dziewczyny!

Zdradzam dziś tajemnicę jednego z Essie, które wytypowałam do mojego ścisłego top 5, które były przedmiotem ostatniego konkursu na blogu! Czy jest wśród Was ktoś kto typował Fiji?! Zdaje się, że nie było ani jednej takiej osoby! To był jedyny haczyk konkursu - Fiji był jedynym lakierem z piątki, który nie miał jeszcze swojej prezentacji na blogu, aż do dziś!

Ten kolor zupełnie mnie zaskoczył! W ogóle nie planowałam jego kupna i pozostawałam niewzruszona na zachwyty Sylwii nad tym kolorem, do czasu, aż nie natknęłam się na jego prezentację u Kamili. No cóż, to był strzał w dziesiątkę! Zakochałam się w nim od pierwszego pomalowania i od razu uplasował się obok moich największych hitów wśród tej marki :)


KOLOR:
Fiji ma bardzo jaśniutki, mlecznoróżowy kolor, który na zdjęciach lakieru w buteleczce został nieco przeze mnie podrasowany, bo aparat i światło słoneczne za bardzo go spłycały. W mocnym świetle lakier wygląda momentami prawie jak biały, ale nie jest aż tak rzucający się w oczy. No wiecie, to tak jak z białą i cielistą kredką na linii wodnej, niby obie otwierają oko, ale cielista wygląda dużo bardziej naturalnie. Tak samo jest z białym lakierem i z Fiji. Oba rozjaśniają dłonie, sprawiają, że wydają się być bardziej eleganckie, ale biały łatwo oskarżyć o tandetę. Fiji natomiast, dzięki solidnej kropli różu, wygląda jak budyń malinowy z dużą ilością mleka.

Sądzę, że to idealny kolor na wiosnę, kiedy nasza skóra dopiero łapie słońce. Zwłaszcza osoby o jasnej skórze powinny prezentować się w nim szalenie elegancko. No bo jeśli chodzi o lato, to niestety nie widzę go w parze z opalenizną, chyba, że chcecie świecić paznokciami jak w ultrafiolecie ;))


PĘDZELEK:
W przypadku tego lakieru szczególnie polecam mój ukochany szeroki pędzelek! Z wąskim jest niestety sporo gimnastyki i efekt może nie być aż tak jednolity. Szeroki pędzelek zdecydowanie ułatwia ujarzmienie lakieru i dość równe rozprowadzenie go na płytce paznokcia, choć niestety jest to kolor wymagający uwagi. Nawet z odpowiednim pędzelkiem trzeba mieć chwilę czasu i stabilną rękę.

KONSYSTENCJA:
Lakier jest umiarkowanie rzadki, czasami lubi wymknąć się na skórki, więc lepiej nakładać go oszczędniej. Niestety trzeba też uważnie aplikować go przy skórkach i z brzegu paznokci (mi niestety nie zawsze się to udało, co - o zgrozo - oddają poniższe zdjęcia ;)).


KRYCIE:
Fiji, to kolor kryjący. Zdecydowanie nie należy do półtransparentych frenczy. Choć do pełnego krycia mogłyby wystarczyć dwie warstwy, to lepiej jednak położyć trzy cieniutki, dzięki temu lakier będzie miał lepszą głębię koloru i zostanie pozbawiony wszelkich smug i ewentualnych prześwitów. Dwie warstwy polecam tylko osobom z pewną ręką, lub szczęściarom. Ja czasami maluję paznokcie dwiema warstwami i domalowuję trzecią tylko na tych, które wymagają poprawek, ale raczej nie jest to coś, czym powinnam się chwalić :P

TRWAŁOŚĆ:
Fiji ma całkiem dobrą trwałość, ponieważ utrzymuje się bez otarć i odprysków około 4 dni. Po tym czasie zwykle pojawiają się jakieś ubytki, może małe, ale jednak ubytki.


ZMYWANIE:
Bezproblemowe. Lakier nie stawia oporu i nie marze się tak, jak to czasami potrafią białe kryjące lakiery. Łatwo domywa się zarówno z płytki, jak i ze skórek.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Cena regularna - 32 zł w Hebe; 35 zł w Super-Pharm; 35 zł w Perfumeriach Douglas;

***

Pora na prezentację na paznokciach! Wybaczcie wszelkie niedoskonałości, to tylko i wyłącznie moja wina, bo ja zawsze maluję paznokcie na szybciocha, a później przy zdjęciach wychodzi co jest nie tak :D






Jak Wam się podoba Fiji? Ja jestem nim szczerze zauroczona! :)
K.

Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast