czwartek, 17 kwietnia 2014

Clarena - krem z kwasem pirogronowym i azaleinowym

Cześć Dziewczyny!

Jakiś czas temu obiecywałam Wam recenzję jednego z moich ulubieńców pielęgnacyjnych ostatnich miesięcy, czyli kremu z kwasem pirogronowym i azaleinowym z Clareny. Ten krem leżał w moich zapasach dobry rok, zanim się w końcu za niego zabrałam, a tymczasem okazało się, że miałam w szufladzie miałam zakopany niezły skarb! Czym ujął mnie krem Clareny? Zapraszam dalej! :)


Informacja od producenta:

DZIAŁANIE:
Krem okazał się być strzałem w 10, jeśli chodzi o pielęgnację mojej problematycznej cery! Jak z pewnością wiecie, jestem posiadaczką cery mieszanej z dość sporą skłonnością do przetłuszania się w strefie T oraz z tendencją do pięknych wyprysków w tejże strefie (ze szczególną uwagą na okolice brody...). I choć Clarena nie zdziałała cudów i nie sprawiła, że moja cera bez makijażu wygląda nagle jak potraktowana PhotoShopem, to jednak pozwoliła mi poczuć się o kilka kroków bliżej idealnej cery :)
W pierwszej kolejności muszę wspomnieć, że nie przypominam sobie, żeby krem spowodował jakikolwiek wysyp niespodzianek - ani na początku, ani przez dalszy czas jego stosowania, choć liczyłam się z takim efektem zastosowania produktu z kwasami. Mało tego, wszelkie pojawiające się niespodzianki, potraktowane Clareną, zdawały się goić szybciej, lepiej i bardziej bezśladowo. Zazwyczaj stosowałam krem raz dziennie, ale zdarzało mi się aplikować dodatkową  jego warstwę na oczyszczoną twarz np. w ciągu dnia lub pod wieczór, wtedy, kiedy szczególnie zależało mi na szybszym gojeniu się wyprysków. Mam wrażenie, że ten sposób naprawdę się sprawdzał, a skróra bardzo dobrze reagowała na produkt. Pod koniec słoiczka, działanie produktu jakby nieco osłabło, a skóra nie reagowała już tak szybko, ale nadal byłam z niego zadowolona, choć widzę, że produkt sprawdzi się u mnie raczej jako kuracja, niż jako stały element pielęgnacji.
Po drugie - krem fantastycznie matowił mi skórę i utrzymywał ten stan przez długie, długie godziny! Oczywiście zawsze twierdzę, że jest to współna robota kremu, podkłady i pudru, a w tym czasie używałam kosmetyków mineralnych, które również okazały się dla mojej skóry bardzo łaskawe, jednak mimo wszystko uważam, że ten długotrwały mat nie miałby racji bytu bez świetnego działania kremu z Clareny. Całe trio (krem + podkład Lily Lolo + puder Lily Lolo) sprawiały, że przez naprawdę bardzo długi okres czasu mogłam się właściwie pożegnać z bibułkami matującymi, a puder, który noszę w torebce, nosiłam niemal wyłącznie dla własnego komfortu psychicznego tak na wszelki wypadek. Po pewnym czasie cera oczywiście zaczynała lekko połyskiwać, ale był to zdrowy, naturalny błysk, a nie ten właściwy przetłuszonej skórze. I ponownie - pod koniec słoiczka, i jednocześnie wraz z nadejściem wiosny i zmieny temperatur - działanie matujące kremu odrobinę osłabło, więc raz na jakiś czas zdarzało mi się sięgać po bibułkę lub puder. Ze względu na świetne działanie matujące, krem Clarena stosowałam na dzień. Przypominam, że podczas stosowania kremów z kwasami, warto zabezpieczać dodatkowo skórę filtrami, żeby uniknąć ewentualnych przebarwień od słońca, choć przyznam szczerze, że ja ten krok zwyczajnie pomijałam w mojej pielęgnacji. Być może niesłusznie, ale ostatecznie moja bytność na świeżym powietrzu i to jeszcze w ciągu dnia (przypominam, że krem stosowałam głównie zimą), ograniczała się najczęściej do wyjścia z domu do tramwaju, z tramwaju do pracy i na odwrót ;)
Jeśli chodzi o działanie na skórę - krem raczej nie należy do tych głęboko odżywiających czy nawilżających, więc dla równowagi na noc stosowałam najczęściej krem głęboko nawilżajacy z Pharmaceris z serii A. To rozwiązanie sprawdziło się u mnie najlepiej, dlatego nie zauważyłam u siebie żadnych miejscowych przesuszeń, ani nie miałam problemu z suchymi skórkami.


KONSYSTENCJA:
Krem ma dosyć ciekawą konsystencję, bo w dotyku sprawia wrażenie żelowego. Jest zwarty, ale jednocześnie lekki. Bardzo łatwo rozprowadza się na twarzy i ekspresowo wchłania się do pełnego matu.
OPAKOWANIE:
Krem otrzymujemy zapakowany w kartonik, zawierający wszelkie niezbędne informacje. Produkt umieszczono w szklanym, matowionym słoiczku o zawartości 50 ml. Całość jest bardzo estetyczna, ale niestety napisy mają tendencję do ścierania się, co zawsze stanowi mały minus, jeśli chodzi o kwestie wizualne :)

Z tego, co widzę w internecie, produkt miał wcześniej opakowanie z pompką, natomiast od pewnego czasu producent sięga raczej po słoiczki, jednak oba rodzaje opakowania najwyraźniej są prawidłowe, jeśli to z pompką jest jeszcze w ogóle produkowane ;))


WYDAJNOŚĆ:
Produkt ma bardzo, bardzo przyzwoitą wydajność, ponieważ z powodzeniem stosowałam go niemal codziennie przez dobre 4 czy 5 miesięcy! Myślę, że jest to zasługa jego konsystencji, której naprawdę niewiele potrzeba, żeby rozprowadzić produkt na całej twarzy.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Produkt kosztuje ok.80 zł, jednak warto wypatrywać promocji, czy to na stronach internetowych, czy w trakcie targów kosmetycznych. Kosmetyki Clareny kupicie w niektórych sklepach internetowych (np. TU) oraz niektórych salonach kosmetychnych (do sprawdzenia TU).

SKŁAD:

Produkt nigdy nie wyrządził mi żadnej krzywdy, a wręcz przyczynił się do polepszenia stanu mojej skóry, dlatego warto czasem przymknąć oko na nie zawsze naturalny skład i kierować się potrzebami i reakcjami własnej skóry, bo w końcu to ona dyktuje warunki :) Ja do kremu z Clareny chętnie jeszcze wrócę, choć pewnie bliżej okresu jesiennego. Moja cera wyraźnie dała mi do zrozumienia, że ostatnie kilka miesięcy z tym produktem było dla niej wystarczające, ale sądzę, że będę wracać do tego kremu okresowo w ramach kuracji.


Koniecznie dajcie znać co sądzicie o tym produkcie, jeśli miałyście okazję z niego korzystać! Czy u Was również sprawdził się tak dobrze, jak i u mnie? A może dopiero robicie podchody do oferty tej marki? :)
Karotka
Czytaj dalej

niedziela, 13 kwietnia 2014

Love2Mix Organic - maska z efektem laminowania z ekstraktami z mango i awokado (Pervoe Reshenie)

Cześć Dziewczyny!

Ostatnio znalazłam trochę czasu na zrobienie i obrobienie zdjęć do kilku postów, które już od dłuższego czasu chciałam napisać, więc zabieram się do pracy. Dzisiaj przedstawiam Wam produkt, który podbił moje... włosy! Oczywiście mowa o masce do włosów z efektem laminowania z ekstraktami z mango i awokado marki Love2Mix Organic. Już kilkukrotnie wspominałam o niej na blogu, ale uważam, że ten produkt zasługuje na więcej uwagi i osobny post! :)


DZIAŁANIE:
Zacznijmy od najważniejszego - produkt sprawdził się u mnie bardzo, bardzo dobrze! Włosy po jego użyciu stawały się mięciutkie (i używam tego zdrobnienia z premedytacją!) i bardzo mięsiste. Choć najlepszy efekt uzyskiwałam po dłuższej chwili z maską na włosach (ok.10 min.), to tak naprawdę niewiele mniejsze wrażenie robił na mnie efekt osiągnięty po użyciu maski na 2-3 minuty, jak odżywki :)

Moim zdaniem, regularne korzystanie z maski dawało widoczne nawilżenie i odżywienie włosów, choć oczywiście zawsze jest to wynik działania różnych produktów, które nakładamy na włosy, to jednak odżywka, czy maska najszybciej daje widoczny efekt. To co najbardziej mi się w niej podobało to to, że po jej użyciu włosy naprawdę były przyjemnie wygładzone, lepiej się układały i były bardziej lejące się. Chociaż ominął mnie boom na laminowanie włosów, więc nie mogę porównać tego efektu, to jednak obserwując reakcje Waszych włosów na laminowanie, od razu mogę powiedzieć, że cóż... nie spodziewajcie się cudów. Ta maska nie zastąpi Wam tej magicznej mikstury, ale jest duża szansa, że mimo to przyjemnie wygładzi Wam włosy aż do kolejnego mycia. Dużym plusem maski był też fakt, że nie zauważyłam, żeby przyczyniała się do obciążania włosów, czy szybszego ich przetłuszczania się.


KONSYSTENCJA I ZAPACH:
Maska ma konsystencję luźnego kremu. Jest na tyle gęsta, żeby nie spływać ani z dłoni, ani z włosów, a jednocześnie na tyle luźna, że nie miałam większych problemów z jej wydobyciem z tubki. Dodatkową zaletą produktu jest też jej intensywnie owocowy zapach, który umila stanie pod prysznicem. Niestety (albo stety) nie wyczuwam go za bardzo po wysuszeniu włosów.


OPAKOWANIE:
Produkt umieszczono w miękkiej czarnej tubie o pojemności 200 ml, zamykanej na klik i stawianej na "głowie", dzięki czemu produkt przez niemal cały czas użytkowania dość łatwo wydobyć. Dopiero pod koniec warto masce trochę pomóc ;) Bardzo podoba mi się też design opakowania, jest eleganckie, ma przyjemną grafikę i po prostu cieszy oko, pomimo tego, że mogłoby się wydawać, że to tylko zwykła plastikowa tubka :)


WYDAJNOŚĆ:
Maska nie wyróżniała się ani ponadprzeciętną, ani nawet zaniżoną wydajnością. Myślę, że spokojnie wystarczyła mi na jakieś 15 użyć, co przy długich włosach jest niezłym wynikiem. Na szczęście konsystencja maski jest na tyle "otulająca" włos, że nie potrzeba jej wiele do pokrycia całej głowy.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Maska kosztuje pomiędzy 25 a 29 zł i jest dostępna przede wszystkim w sklepach, które mają w ofercie rosyjskie kosmetyki. Mój egzemplarz kupiłam w Kokardi, ale widziałam ją również w kilku innych sklepach.

SKŁAD:
Skład maski jest całkiem przyjemny. Na pierwszych miejscach widzimy obiecane ekstrakty z mango i awokado, ale podobno (bo nie jestem znawcą składów) termin aqua with infusions of... oznacza tyle, że nie do końca wiadomo ile w tej wodzie znalazło się danego ekstraktu, przez co pierwsze miejsca na liście mogą być nieco mylące. Nie wiem, nie znam się, ale chętnie przeczytam o co chodzi, jeśli znajdzie się ktoś bardziej zorientowany :))


Muszę przyznać, że byłam bardzo zadowolona z tej maski (bo już ją wykończyłam :( ) i bardzo chętnie natychmiast kupiłabym ją ponownie, ale nagromadziłam takie zapasy, że trochę mi głupio robić kolejne włosowe zakupy. Niemniej jednak na pewno wrzucę ją przy okazji do koszyka, jeśli będę robić zakupy w sklepie, który ma ją w ofercie :) Jeśli chodzi o mnie i o moje włosy, to ja zdecydowanie bardziej wolę wydać te 25-30 zł na tę maskę, niż na bardzo średnie produkty Aussie o równie średnich składach i średnim działaniu...

A jakie jest Wasze zdanie na temat tej maski? Próbowałyście jej już na swoich włosach? A może korzystałyście z innych masek tej marki? Koniecznie dajcie znać co o nich sądzicie! :)
Karotka
Czytaj dalej

piątek, 11 kwietnia 2014

Ulubieńcy lutego i marca

Cześć Dziewczyny!
Zbliżamy się już do połowy kwietnia, Święta za pasem, a u mnie już od dawna nie było ulubieńców miesiąca! Najwyższa pora zabrać się i za to, dlatego tym razem przedstawiam Wam dwumiesięcznych faworytów z lutego i marca!

Tak naprawdę w lutym niewiele produktów rzuciło mnie na kolana, a te, które zasługiwały na wyróżnienie w zasadzie już jakiś czas temu pojawiały się w ulubieńcach, dlatego z premedytacją dałam sobie więcej czasu do namysłu. I słusznie, bo marzec wraz z pierwszymi słonecznymi dniami przyniósł gromadkę nowych i nowych-starych ulubieńców, do których dołączył jedyny nowy produkt, który oczarował mnie w lutym. Zapraszam zatem na prezentację najlepszych z najlepszych ;))


Pierwszym z ulubieńców jest rewitalizujące masło do ciała z Pat&Rub. Ostatnio opisywałam Wam balsam do rąk i scrub cukrowy z tej serii, ale żaden z tych produktów nie uwiódł mnie jak to masełko. Produkt rewelacyjnie dba o kondycję mojej skóry, świetnie nawilża i odżywia skórę, a do tego pięknie i orzeźwiająco pachnie. Wiem, że nie każdej z Was przypadnie do gustu intensywnie cytrusowy zapach, ale ja go polubiłam, a do tego uważam, że idealnie sprawdza się do pielęgnacji po potreningowym prysznicu. Od razu ulatuje ze mnie chociaż część zmęczenia! :)

Pozostając nadal w temacie pielęgnacji ciała - kolejnym ulubieńcem został olejek do ciała z dziką różą i trawą cytrynową z Alverde. Ten produkt wiódł prym w mojej pielęgnacji głównie w lutym, ale nadal chętnie po niego sięgam. Lubię w nim to, że nie jest przesadnie tłusty i nawet moja normalna skóra świetnie sobie radzi z jego wchłonięciem. Olejek oczywiście dobrze nawilża i odżywia skórę, a do tego ma ciekawy zapach - lekko słodki, ale przełamany cierpką nuta trawy cytrynowej.

Moim kolejnym ulubieńcem pielęgnacyjnym jest też krem pod oczy z dziką różą z AA Eco. Przez kilka miesięcy używałam kremu z serii Gold Philoshopy z Bandi, ale byłam trochę zawiedziona jego wodnistą konsystencją. Chociaż nie mam większych problemów ze zmarszczkami, to wolę zapobiegać, niż leczyć, dlatego lubię w kremach pod oczy lubię nieco bardziej treściwą konsystencję, zwłaszcza jeśli mówimy o wieczornej pielęgnacji. Oczywiście trudno mi wypowiedzieć się o długofalowych efektach stosowania tego produktu, ale jak na razie spełnia moje oczekiwania zarówno w kwestii konsystencji, działania, jak i współpracy z kosmetykami do makijażu.


W czasie ostatnich dwóch miesięcy moje paznokcie zostały zdominowane przez trzy produkty, widoczne na zdjęciu powyżej. Przede wszystkim sprawdziłam w końcu o co ten cały szum z wysuszaczem z Kintetics i cóż... Wszystko wskazuje na to, że Kwik zdobędzie i moje serce! Zdradzałam go przez chwilę z Poshe, ale Kwik Kote jednak znacznie bardziej przypadł mi do gustu! :)

Jeśli natomiast chodzi o kolory, to w lutym najchętniej sięgałam po piękny lakier Essie Beyond Cozy, który dodawał błyszczącego akcentu każdemu kremowemu lakierowi (przykład macie TUTAJ), jednak juz w marcu moje paznokcie zdominował przepiękny, przecudowny Orly First Blush (KLIK). Nie pamiętam kiedy ostatnio sięgałam po jeden lakier tak często! Zakochałam się w nim tak bardzo, że już nabyłam pełnowymiarowe opakowanie! :)


W marcu, jak wiele z Was, kupiłam kilka organizerów na kosmetyki z Biedronki, w tym oczywiście słynny organizer z przegródkami na szminki. Umieściłam w nim kosmetyki, których używam codziennie, a do tego wyłożyłam na wierzch najbardziej codzienne pomadki, które chciałabym nosić na ustach częściej! Dzięki temu na nowo odkryłam moje dwie ukochane szminki - fuksjowo-fioletową L'Oreal Rouge Caresse w kolorze Rock'n'Mauve, którą mogłyście oglądać w TYM poście oraz piękną, nudziakoworóżową Maybelline Color Whisper w kolorze Lust For Blush!


Powyżej macie mały podgląd na oba kolory. Nie bierzcie go może zbyt dosłownie, bo Maybelline na moich ustach jest może ciut jaśniejsza i chłodniejsza, ale wygląda bardzo naturalnie i zdecydowanie daje dokładnie takie wykończenie jak na zdjęciu powyżej.


Pozostali dwaj ulubieńcy, to ponownie produkty do makijażu! Przede wszystkim mój ulubiony podkład mineralny z Lily Lolo w odcieniu China Doll, który już kilkukrotnie przewinął się przez blog. Co tu dużo, jednak podkłady mineralne są dla mojej cery bardziej łaskawe, niż zwykłe płynne podkłady, dzięki czemu makijaż wygląda na mnie lepiej, zaczynam się błyszczeć nieco później (i mniej intensywnie), a do tego nie borykam się z tyloma niespodziankami. Mam jeden produkt, z którym lubię go czasami zdradzać, ale niestety bardzo często kończy się to dodatkowymi nieprzyjaciółmi na twarzy, więc zawsze z pokorą wracam do Lily Lolo.

No i last but not least - paletka z cieniami z Inglota! Przez pewien czas leżała zapomniana w szufladzie, a teraz znowu się z nią przeprosiłam! Mam w niej kilka ulubionych cieni, które w zasadzie same malują, a dzięki dobrej bazie na powieki (ArtDeco) w końcu mogę też wyciągnąć dużo więcej z matowego, jasnego cienia, który przepięknie rozjaśnia oko! Do tego dorzucam trochę ciemniejszego cienia w zewnętrznym kąciku i już! Jest w niej kilka cieni, których używam rzadziej, niż myślałam, że będę to robić, ale generalnie mój zestaw uważam za bardzo udany! Całość możecie podejrzeć TUTAJ.

***
To by było na tyle! Oczywiście jak zawsze dajcie znać, czy znacie te produkty i co o nich sądzicie! Chętnie przeczytam też o produktach, które w ostatnim czasie skradły Wasze serducha :))
Karotka
Czytaj dalej

czwartek, 10 kwietnia 2014

Lakierowy PaeseBox! :)

Cześć Dziewczyny! :)

Niemal od tygodnia na blogach rozprzestrzenia się nowa epidemia - PaeseBox! I to nie byle jaki, bo lakierowy! O kosmetykach Paese słyszałam już kilka pozytywnych opinii, ale nie ma co ukrywać, że najbardziej pozytywne opinie zbierają jak dotąd właśnie lakiery tej marki. Do tej pory miałam okazję poznać z bliska piękny przykurzony fiolet z numerkiem 110 (KLIK), a dzięki pudełkowej akcji, będę mogła sprawdzić kolejne 5 kolorów! :)


Z pewnością część z Was już wie na czym polega cała akcja, ale pozwólcie, że przedstawię ją w skrócie dla tych z Was, które jeszcze nie natknęły się na żadną wzmiankę. Lakierowy PaeseBox, to akcja, w której za 39 zł możecie kupić pudełko, które zawiera pięć pełnowymiarowych lakierów Paese oraz dwa produkty do pielęgnacji paznokci lub do wykończenia manicure. Dzięki temu możecie zaoszczędzić nawet do 60% wartości całego pudełka, ponieważ jeden lakier w cenie regularnej kosztuje 15,90 zł, natomiast produkty pielęgnacyjne 17,90 zł. Łatwo przeliczyć, że w cenie pudełka normalnie mogłybyśmy kupić ledwo dwa, może dwa i pół lakieru... :)

Jest jeszcze jedna istotna informacja! Jeśli box zamawiacie przez internet (KLIK), to zawartość boxa jest losowa, ale za to nie musicie płacić za przesyłkę kurierską, natomiast jeśli swój box kupujecie na stoisku Paese, to jego zawartość w całości możecie skompletować samodzielnie! :)


W poniedziałek otrzymałam swój box, dlatego chciałabym pokazać Wam z bliska przykładową zawartość pudełka. Przyznam szczerze, że im więcej tego typu postów oglądam, tym większą mam ochotę na kolejne pudełko, bo lista kolorów, które wpadły mi w oko coraz bardziej się rozrasta! :)


W moim boxie znalazły się dwa preparaty pielęgnacyjne - akrylowy utwardzacz oraz mineralna baza wygładzająca. Jeśli chodzi o utwardzacz, to producent obiecuje, że już jedna warstwa przedłuży trwałość lakieru nawet o 3 dni, natomiast w przypadku bazy głównym celem jest wygładzenie płytki paznokcia i zakamuflowanie jej niedoskonałości, a ponadto baza ma chronić płytkę przed przebarwieniami. Oba produkty wydają mi się być bardzo ciekawe, więc każdy z nich chętnie wypróbuję.


Jeśli natomiast chodzi o lakiery, co z pewnością najbardziej Was ciekawi, to w moim pudełku pięć pięknych, bardzo wiosennych kolorów. Uważam, że każdy z nich jest ciekawy i każdy z pewnością znajdzie u mnie zastosowanie. Być może sama nie zdecydowałabym się na ich wybór, bo mogłabym ich nie wyłapać spośród tylu ciekawych kolorów, które oferuje Paese, ale tym razem niespodzianka wyszła mi na dobre, bo takich kolorów albo nie mam, albo są to takie odcienie, które po prostu zawsze się przydają! :)


Ciekawe jakie kolory znalazłam w moim pudełku?

118 - przybrudzony buraczkowy róż
342 - pastelowy słoneczny żółty
301 - klasyczny beżowy nudziak
191 - turkusowo-miętowa zieleń
137 - klasyczna żywa czerwień



I jak podoba Wam się zawartość mojego boxa? Skusiłyście się już na zakup, czy jeszcze się wahacie? Jakie macie doświadczenia z lakierami Paese? :)
K.



Czytaj dalej

czwartek, 3 kwietnia 2014

Lutowe i marcowe nowości! :)

Cześć Dziewczyny!

Dawno nie pokazywałam na blogu nowości - a wszystko to z jednego prostego powodu - w lutym nie kupiłam ani jednego kosmetyku i jestem z siebie dumna! Pilnuję się, żeby zużywać nagromadzone zapasy, a jednocześnie ograniczać swoje chciejstwa, ale... Widzę, że to tendencja, która pojawia się ostatnio na wielu blogach - staramy się być oszczędne i niby wszystko idzie dobrze, aż tu przyszedł marzec, a to nie tylko czas targów (KLIK), ale również promocji z okazji Dnia Kobiet, pierwszego dnia wiosny, zmiany czasu etc No i weź tu bądź mądry! W marcu trochę sobie odpuściłam i kupiłam kilka zachcianek, ale żaden z tych produktów nie jest przypadkowy i spora część z nich już jest w użytku :)

Już teraz wiem, że w kwietniu też pojawi się u mnie kilka ciekawych nowości, ale to jest bardziej kwestia zaoferowanej cudzej pomocy w zdobyciu tych kilku kosmetyków, ale na to przyjdzie jeszcze czas :)

L-R: Ja pierniczę, Pyrka, Black Saint, Sinner Lady, Holo Top - B. a Star, Los Diamentos
Oczywiście nie byłabym prawdziwą lakieromaniaczką, gdybym nie skorzystała z promocji na Dzień Kobiet -40% na całą ofertę Colour Alike! Skusiłam się na cztery lakiery, które krążyły mi już chwilę po głowie i dwie nowości, a wszystko w klimatach holograficznych z jednym brokatowym rodzynkiem, który swoją nazwę zawdzięcza Sylwii :)


A teraz proszę weźcie głęboki oddech (na kilka kolejnych zdjęć :D) - na początku marca utwierdziłam się w przekonaniu, że miniaturka suchego szamponu Batiste w torebce, to jednak przydatna sprawa, a w szczególności, gdy grzywka robi się już za długa, a ja nie mogę się pozbyć nawyku odgarniania jej z twarzy... No bywa... Teraz staram się ją raczej podpinać, ale nie zmienia to faktu, że lubię być przygotowana na każdą ewentualność. Z tego też powodu skusiłam się na trio miniaturek - Wild, Mamba i Savannah, którego nie mogłam dorwać w Hebe. W Minti Shopie znalazłam je bez żadnego problemu :)


W drugiej połowie miesiąca miałam okazję uczestniczyć w śniadaniu prasowym z marką Batiste. Dowiedziałam się co nieco o historii marki, obejrzałam nowości marki i przede wszystkim posłuchałam o różnych zastosowaniach Batiste. Po spotkaniu każda z uczestniczek została obdarowana torbą z nowościami i trzema hitowymi produktami Batiste - wśród hitów znalazł się puder dodający włosom objętości XXL Plumping Powder, miniaturka szamponu z lakierem XXL Volume oraz miniaturka wersji Tropical.


...natomiast wśród nowości Batiste znalazł się cudownie pachnący suchy szampon Oriental, szampon z olejkiem arganowym Strength & Shine oraz odżywka w sprayu Smoothing Conditioning Mist. Sama jestem bardzo ciekawa każdego z tych produtków, więc z pewnością dam Wam znać co o nich sądzę, jak tylko trochę ich poużywam! :)


...nieeee... nie macie problemów ze wzrokiem... Mimo całkiem już sporych zapasów suchych szamponów z Batiste postanowiłam na koniec miesiąca skusić się jeszcze na promocję, która obowiązywała do niedzieli na stronie polskiego dystrybutora, a mianowicie -20% na wszystkie produkty Batiste, a do tego wybrana miniaturka szamponu gratis. Skusiłam się na powtórkę z rozrywki w postaci sprawdzonego kolorowego szamponu Medium & Brunette, który recenzowałam Wam wraz z innymi wersjami TUTAJ, a do tego miniaturkę szamponu Blush, który był moim pierwszym Batiste :) Dodatkowo dobrałam sobie jeszcze dwie nowe dla mnie wersje Paisley i Lace (który podobno ma być wycofywany, więc nie chciałam dłużej odkładać tego zakupu ;)). Ostatnio niemal co miesiąc wrzucam do torby denkowej kolejną puszkę Batiste, więc taki zapas, mimo, że spory, na pewno się u mnie zmarnuje ;) No i szykuje się kolejne porównanie zapachów Batiste :)


Bibułki matujące z Beauty Formulas, to kolejny powtórny zakup. Wraz z nadejściem wiosny moja cera lubi czasami trochę szaleć, więc bibułki w torebce znowu stały się moim must have. Te z BF już kiedyś miałam i byłam z nich zadowolona, więc chętnie skusiłam się na nie ponownie, kiedy natknęłam się na nie w Super-Pharm, tym bardziej, że kosztowały tylko 10 zł.

Pozostałe dwa produkty, to również zakupy z Minti Shop - do szamponów, które pokazywałam Wam wyżej, wzięłam sobie jeszcze miniaturkę wysuszacza Poshe, który już od dawna za mną chodził i w związku z tym za jakiś czas możecie się spodziewać na blogu kolejnej części porównania wysuszaczy (pierwsza część TUTAJ) - tym razem zamierzam wziąć na tapetę Kwik Kote z Kinetics, Insta-Dri z Sally Hansen i oczywiście Poshe. No ale do rzeczy - jajeczko z balsamem do ust EOS (Evolution of Smooth), to zakup nieplanowany, ale krążył mi po głowie od dobrych dwóch lat. Już miałam go sobie darować ze względu na cenę przekraczającą 20 zł, ale po zerknięciu na skład, stwierdziłam, że warto się nim jednak zainteresować. Jak na razie jestem bardzo zadowolona! :)


Na Allegro skusiłam się również na dwa lakiery Essie - różowy, to Raspberry, który mignął mi już parę razy na Waszych blogach i na Instagramie, natomiast brokatowy, to mój ulubieniec - Beyond Cozy. W swoich zbiorach mam miniaturkę, ale tak bardzo polubiłam dodawać go do przeróżnych lakierów jako akcent na jednym czy dwóch paznokciach, że obawiam się, że miniaturka szybko mi się skończy ;)


Peeling gruboziarnisty z Lirene z serii Youngy już pewien czas chodził mi po głowie, ale ponieważ nie zaglądałam do drogerii, to nie miałam okazji, żeby wrzucić go do koszyka, aż w końcu natknęłam się na niego w promocji w Super-Pharm. Chyba jednak byliśmy sobie pisani :) Kolejnym długo odkładanym zakupem jest waniliowa mgiełka z Bath & Body Works - Warm Vanilla Sugar - uwielbiam ten sklep, ale znając swoją słabość do ich kosmetyków, staram się omijać go szerokim łukiem, tym razem jednak robiłam zakupy dla jednej z Was, więc no cóż... skorzystałam z okazji :)


W marcu miałam również okazję uczestniczyć w warsztatach, organizowanych przez markę Elancyl, towarzyszących wprowadzeniu dwóch nowości do oferty - olejku na rozstępy oraz kremu antycellulitowego na noc. Oba produkty staram się stosować systematycznie, szczególnie krem - bardzo mocno liczę na to, że wspomoże on moje zumbowe wysiłki i porządnie wygładzi mi pupę i uda, tym bardziej, że staram się również stosować masaż, zaprezentowany nam na warsztatach - czasami wczuwam się tak mocno, że parę razy narobiłam sobie siniaków na udach... To chyba tylko dowodzi tego, jak bardzo nie znoszę mojego cellulitu :D


Natomiast od marki Rimmel otrzymałam nowości w ofercie, czyli pomadkę z serii Moisture Renew - w moje ręce trafił piękny różowawy odcień z drobinkami o uroczej nazwie - Latino. Chodzi mi jeszcze po głowie przepiękny kolor - As You Want Victoria, ale na razie aktywowałam inne szminkowe zasoby, o czym przeczytacie pewnie w ulubieńcach :)


Pozostając w klimatach Rimmela - w lutym odebrałam również przesyłkę z nową maskarą w gamie Scandaleyes, tym razem jest to Rockin' Curves. Maskara jest wyposażona w bardzo zabawną szczoteczkę. Sama jeszcze jej nie testowałam, bo nie chcę otwierać zbyt wielu tuszy na raz, ale na innych blogach czytałam, że dziewczyny miały z nią trochę gimnastyki ;)


Jakiś czas temu miałam okazję skorzystać z zaproszenia do siedziby firmy Eris oraz marek jej pokrewnych, które towarzyszyło wprowadzeniu na rynek serii Lirene City Protect. W końcu udało nam się osobiście poznać drugą z kochanych Pań Erisek - Magdę, która w podziękowaniu za miłe spotkanie podesłała nam później kilka kosmetyków z serii Body Art marki Dr Irena Eris. Ja skusiłam się na krem redukujący rozstępy, intensywnie ujędrniający balsam do pielęgnacji biustu C+ i krystaliczny peeling cukrowy.


A zawartość tej paczki na pewno już bardzo dobrze znacie - to również lutowa "nowość" - ale nie chciałam robić osobnego postu, bo wiele już takich przewinęło się przez blogi. Kilkoma kosmetykami już się z Wami podzieliłam, a na pewno podzielę się również podkładem. Pozostałe natomiast będą się pojawiać co jakiś czas, jak już uda mi się do nich dobrać :)

***
Jak tak sobie patrzę na te wszystkie nowości razem, to w sumie dochodzę do wniosku, że nie jest źle. Dałam sobie troszeczkę luzu, kupiłam kilka fajnych kosmetyków, a teraz znowu mogę dalej oszczędzać ze spokojnym sumieniem :))

Jak się Wam podobają moje nowe nabytki? Znacie któreś z tych kosmetyków - czy są wśród nich Wasi ulubieńcy? :)
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast