Cześć Dziewczyny!
Jakiś czas temu obiecywałam Wam recenzję jednego z moich ulubieńców pielęgnacyjnych ostatnich miesięcy, czyli kremu z kwasem pirogronowym i azaleinowym z Clareny. Ten krem leżał w moich zapasach dobry rok, zanim się w końcu za niego zabrałam, a tymczasem okazało się, że miałam w szufladzie miałam zakopany niezły skarb! Czym ujął mnie krem Clareny? Zapraszam dalej! :)
Informacja od producenta:
DZIAŁANIE:
Krem okazał się być strzałem w 10, jeśli chodzi o pielęgnację mojej problematycznej cery! Jak z pewnością wiecie, jestem posiadaczką cery mieszanej z dość sporą skłonnością do przetłuszania się w strefie T oraz z tendencją do pięknych wyprysków w tejże strefie (ze szczególną uwagą na okolice brody...). I choć Clarena nie zdziałała cudów i nie sprawiła, że moja cera bez makijażu wygląda nagle jak potraktowana PhotoShopem, to jednak pozwoliła mi poczuć się o kilka kroków bliżej idealnej cery :)
W pierwszej kolejności muszę wspomnieć, że nie przypominam sobie, żeby krem spowodował jakikolwiek wysyp niespodzianek - ani na początku, ani przez dalszy czas jego stosowania, choć liczyłam się z takim efektem zastosowania produktu z kwasami. Mało tego, wszelkie pojawiające się niespodzianki, potraktowane Clareną, zdawały się goić szybciej, lepiej i bardziej bezśladowo. Zazwyczaj stosowałam krem raz dziennie, ale zdarzało mi się aplikować dodatkową jego warstwę na oczyszczoną twarz np. w ciągu dnia lub pod wieczór, wtedy, kiedy szczególnie zależało mi na szybszym gojeniu się wyprysków. Mam wrażenie, że ten sposób naprawdę się sprawdzał, a skróra bardzo dobrze reagowała na produkt. Pod koniec słoiczka, działanie produktu jakby nieco osłabło, a skóra nie reagowała już tak szybko, ale nadal byłam z niego zadowolona, choć widzę, że produkt sprawdzi się u mnie raczej jako kuracja, niż jako stały element pielęgnacji.
Po drugie - krem fantastycznie matowił mi skórę i utrzymywał ten stan przez długie, długie godziny! Oczywiście zawsze twierdzę, że jest to współna robota kremu, podkłady i pudru, a w tym czasie używałam kosmetyków mineralnych, które również okazały się dla mojej skóry bardzo łaskawe, jednak mimo wszystko uważam, że ten długotrwały mat nie miałby racji bytu bez świetnego działania kremu z Clareny. Całe trio (krem + podkład Lily Lolo + puder Lily Lolo) sprawiały, że przez naprawdę bardzo długi okres czasu mogłam się właściwie pożegnać z bibułkami matującymi, a puder, który noszę w torebce, nosiłam niemal wyłącznie dla własnego komfortu psychicznego tak na wszelki wypadek. Po pewnym czasie cera oczywiście zaczynała lekko połyskiwać, ale był to zdrowy, naturalny błysk, a nie ten właściwy przetłuszonej skórze. I ponownie - pod koniec słoiczka, i jednocześnie wraz z nadejściem wiosny i zmieny temperatur - działanie matujące kremu odrobinę osłabło, więc raz na jakiś czas zdarzało mi się sięgać po bibułkę lub puder. Ze względu na świetne działanie matujące, krem Clarena stosowałam na dzień. Przypominam, że podczas stosowania kremów z kwasami, warto zabezpieczać dodatkowo skórę filtrami, żeby uniknąć ewentualnych przebarwień od słońca, choć przyznam szczerze, że ja ten krok zwyczajnie pomijałam w mojej pielęgnacji. Być może niesłusznie, ale ostatecznie moja bytność na świeżym powietrzu i to jeszcze w ciągu dnia (przypominam, że krem stosowałam głównie zimą), ograniczała się najczęściej do wyjścia z domu do tramwaju, z tramwaju do pracy i na odwrót ;)
Jeśli chodzi o działanie na skórę - krem raczej nie należy do tych głęboko odżywiających czy nawilżających, więc dla równowagi na noc stosowałam najczęściej krem głęboko nawilżajacy z Pharmaceris z serii A. To rozwiązanie sprawdziło się u mnie najlepiej, dlatego nie zauważyłam u siebie żadnych miejscowych przesuszeń, ani nie miałam problemu z suchymi skórkami.
KONSYSTENCJA:
Krem ma dosyć ciekawą konsystencję, bo w dotyku sprawia wrażenie żelowego. Jest zwarty, ale jednocześnie lekki. Bardzo łatwo rozprowadza się na twarzy i ekspresowo wchłania się do pełnego matu.
OPAKOWANIE:
Krem otrzymujemy zapakowany w kartonik, zawierający wszelkie niezbędne informacje. Produkt umieszczono w szklanym, matowionym słoiczku o zawartości 50 ml. Całość jest bardzo estetyczna, ale niestety napisy mają tendencję do ścierania się, co zawsze stanowi mały minus, jeśli chodzi o kwestie wizualne :)
Z tego, co widzę w internecie, produkt miał wcześniej opakowanie z pompką, natomiast od pewnego czasu producent sięga raczej po słoiczki, jednak oba rodzaje opakowania najwyraźniej są prawidłowe, jeśli to z pompką jest jeszcze w ogóle produkowane ;))
Z tego, co widzę w internecie, produkt miał wcześniej opakowanie z pompką, natomiast od pewnego czasu producent sięga raczej po słoiczki, jednak oba rodzaje opakowania najwyraźniej są prawidłowe, jeśli to z pompką jest jeszcze w ogóle produkowane ;))
WYDAJNOŚĆ:
Produkt ma bardzo, bardzo przyzwoitą wydajność, ponieważ z powodzeniem stosowałam go niemal codziennie przez dobre 4 czy 5 miesięcy! Myślę, że jest to zasługa jego konsystencji, której naprawdę niewiele potrzeba, żeby rozprowadzić produkt na całej twarzy.
CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
Produkt kosztuje ok.80 zł, jednak warto wypatrywać promocji, czy to na stronach internetowych, czy w trakcie targów kosmetycznych. Kosmetyki Clareny kupicie w niektórych sklepach internetowych (np. TU) oraz niektórych salonach kosmetychnych (do sprawdzenia TU).
SKŁAD:
Produkt nigdy nie wyrządził mi żadnej krzywdy, a wręcz przyczynił się do polepszenia stanu mojej skóry, dlatego warto czasem przymknąć oko na nie zawsze naturalny skład i kierować się potrzebami i reakcjami własnej skóry, bo w końcu to ona dyktuje warunki :) Ja do kremu z Clareny chętnie jeszcze wrócę, choć pewnie bliżej okresu jesiennego. Moja cera wyraźnie dała mi do zrozumienia, że ostatnie kilka miesięcy z tym produktem było dla niej wystarczające, ale sądzę, że będę wracać do tego kremu okresowo w ramach kuracji.
Koniecznie dajcie znać co sądzicie o tym produkcie, jeśli miałyście okazję z niego korzystać! Czy u Was również sprawdził się tak dobrze, jak i u mnie? A może dopiero robicie podchody do oferty tej marki? :)
Karotka