piątek, 9 listopada 2012

Hakuro H24 - pędzel do różu

Cześć Dziewczyny!

Planowałam pokazać Wam dzisiaj kolejny lakier, ale jednak dam Wam chwilę odpocząć (tak z jeden dzień ;)) i dla odmiany sięgnę po pędzel do różu. Mowa oczywiście o moim ulubieńcu z Hakuro, czyli H24. Te z Was, które mniej więcej śledzą moich ulubieńców miesiąca prawdopodobnie kojarzą, że jest to mój pędzel idealny, a dlaczego? Zapraszam na uzasadnienie! :)


WYGLĄD I WYKONANIE: Pędzel wykonany jest z trójkolorowego, syntetycznego włosia, ściętego ukośnie. Jest naprawdę bardzo, bardzo mięciutki, ale jednocześnie włosie jest odpowiednio zbite i sztywne. Sztywne w tym sensie, że nie wygina się na wszystkie strony, czy to podczas nabierania kosmetyku, czy jego aplikacji na twarz, co oczywiście poczytuje mu się na plus. Jest bardzo delikatne dla twarzy i nie drapie jej, ani nie powoduje żadnych podrażnień.Włosie jest osadzone w metalowej skuwce, a ta na drewnianym trzonku.


Wiem, że swego czasu dziewczyny narzekały na to, że skuwki w pędzlach Hakuro odklejały się od trzonków, a włosie z pędzli zwyczajnie wypadało, ale z tego, co wiem, dotyczy to starszych modeli i od czasu tamtych skarg Hakuro znacząco poprawiło jakość i wykonanie ich pędzli. Z moim pędzlem jest wszystko w najlepszym porządku, odkąd go mam (5 miesięcy) nie zgubił jeszcze ani jednego włoska - ani w trakcie prania, ani tym bardziej w trakcie korzystania z niego. Skuwka jest mocno osadzona na trzonku, a całość bardzo dobrze leży w dłoni. Ponadto farba dobrze trzyma się trzonka i póki co (odpukać) nie odprysnęła mi jeszcze w żadnym miejscu.


Pędzel otrzymujemy z nasuniętą na włosie grubą folijką zabezpieczającą przed odkształceniami, może być ona pomocna zarówno przy przechowywaniu naszych pędzli, jak i przy ich transporcie. Jest to szczególnie fajne rozwiązanie, jeśli potrzebujemy wrzucić nasz pędzel do kosmetyczki. Wprawdzie nie powinnyście tego traktować jako sytuację codzienną, bo nie jest to jednak BrushGuard, ale w sytuacjach awaryjnych zawsze lepiej zabezpieczyć pędzel chociaż w taki sposób.


ZASTOSOWANIE I EFEKT: Pędzel nadaje się do aplikowania kosmetyków kolorowych takich, jak róż, bronzer czy rozświetlacz, jednak ja zdecydowanie preferuję go do różu. Pędzlami o tak ściętym włosiu najwygodniej i najpewniej nakładam róże o każdej, nawet najmocniejszej pigmentacji i wiem, że nie zrobię sobie krzywdy. Mam wrażenie, że taki kształt jest też najlepiej dopasowany do mojej twarzy i dzięki temu nie aplikuję różu ani za wysoko, ani za nisko (choć nie odbierajcie mnie jako guru w tej kwestii :P).

Pędzel nie ma tendencji do "zjadania" kolorów, więc warto uważać na to, ile kosmetyku nabieramy. Na szczęście jednak wszystko łatwo można stopniować, co oczywiście jest też zależne od jakości i pigmentacji różu czy bronzera, ale ze wszystkimi kosmetykami z mojej kolekcji pędzel współpracuje bardzo dobrze. Nie boję się aplikować nim mocno napigmentowanych róży w intensywnych kolorach, czy nawet bronzera. Jednocześnie nie odczuwam już potrzeby aplikowania koloru jednym pędzlem, a rozcierania go drugim, co zdarzało mi się z poprzednikiem Hakuro. H24 świetnie sobie radzi z oboma tymi zadaniami, świetnie rozciera róż czy bronzer, a ewentualne niedociągnięcia zawsze łatwo zniwelować poprzez omiecenie buzi pędzlem po do pudru. Ponadto tym samym pędzlem można nałożyć również rozświetlacz, więc kolejny wielki plus należy mu się za wielofunkcyjność.

Pędzel nadaje się zarówno do zwykłych kosmetyków prasowanych, jak sproszkowanych minerałów. Świetnie sobie radzi zarówno z różami The Balm, jak i z tym od Lily Lolo ;)


WYMIARY: Cały pędzel ma długość 18cm, natomiast włosie w najkrótszym miejscu ma 2cm, a w najdłuższym 3,3cm.

CZYSZCZENIE: Pranie tego pędzla należy raczej do przyjemności. Pod wpływem wody i łagodnego szamponu bardzo łatwo oddaje kolor i wraca do pierwotnej barwy. Nie mam problemów ani z dopraniem koloru, ani z późniejszym wypłukiwaniem piany. Wystarczy delikatnie rozchylać włoski pod bieżącą wodą, a piana sama się wypłukuje.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ: ok.26zł; mój pędzel kupiłam na Kosmetykomanii, ale są one dostępne również w niektórych innych drogeriach internetowych;

CZY KUPIŁABYM PONOWNIE: Z pewnością tak! Pędzel do różu, to jeden z najważniejszych akcesoriów w mojej kosmetyczce i cieszę się, że udało mi się tak szybko znaleźć pędzel niemal idealny! Próbowałam kilku innych produktów o tym przeznaczeniu, ale w końcu doszłam do wniosku, że róż najłatwiej aplikuje mi się ściętym pędzlem i żadnych zaokrąglonym nie potrafię uzyskać takiego efektu, jak klasycznym skośnym :)


Moim zdaniem pędzle Hakuro to naprawdę świetne jakościowo i stosunkowo niedrogie akcesoria, w które naprawdę warto zainwestować pieniądze. Jestem zadowolona z każdej jednak sztuki, która znalazła się w moim posiadaniu i z pewnością będę tę kolekcję powiększać :)

A jakie jest Wasze zdanie o marce Hakuro? Miałyście już styczność z ich pędzlami? Czy macie swoich ulubieńców? :)
K.
Czytaj dalej

czwartek, 8 listopada 2012

Essie - Virgin Orchid - kolekcja Spring 2006 [swatche]

Jest! Nareszcie udało mi się zrobić zdjęcia obiecanego Virgin Orchid (nr 22) na paznokciach! Niby często go nosiłam, ale ciągle jakoś nie było okazji, żeby uchwycić go w pełnej krasie, ale teraz już koniec wymówek - pomalowałam, uwieczniłam na zdjęciach i w końcu mogę go pokazać! :)



KOLOR: Kolorem bazowym Virgin Orchid jest jasny, dziewczęcy róż, jednak zawiera on całe mnóstwo złotych drobinek, czy może raczej pyłków, przez co lakier staje się prawdziwym kameleonem. Zależnie od światła raz jest zwykłym różem, żeby innym razem udawać łososiowy, czy nawet brzoskwiniowy. Drobinki bardzo ocieplają kolor i sprawiają, że staje się on niejednoznaczny i dość oryginalny. Dzięki nim nie jest to płaski odcień i na pewno nie jest kolejnym różowym lakierem, jakich wiele... :)


PĘDZELEK: Mój ulubiony, czyli szeroki, tzw. wersja europejska. Czy jest sens powtarzać się jak bardzo jest wygodny? :)

KRYCIE: Standardowo nakładam dwie warstwy. Lakier mógłby kryć po jednej warstwie, ale musiałaby ona być dość gruba i uważnie rozprowadzona, lepiej więc nie kombinować i nałożyć dwie cieńsze :)

KONSYSTENCJA: Lakier jest jakby odrobinę gęstszy niż zazwyczaj, ale to tylko wpływa na plus przy jego aplikacji. Nie rozlewa się na skórki.


TRWAŁOŚĆ: Bardzo dobra. Spokojnie noszę go około pięciu dni bez żadnych odprysków, troszeczkę tylko przecierają się końcówki, ale przy takim kolorze nie rzuca się to zbytnio w oczy.

ZMYWANIE: Bezproblemowe. Lakier nie odbarwia płytki paznokcia, ani nie rozmazuje się podczas zmywania. Jeśli szukać minusów na siłę, to ewentualną trudność mogą sprawiać drobinki, które zbierają się w trudno dostępnych miejscach przy samej skórze po bokach paznokci, ale moim zdaniem nie są wcale trudniejsze w zmywaniu, niż ciemne lakiery. Nie mają nic wspólnego z drobinkami brokatu, więc lakier zmywa się tak samo, jak każdy kremowy kolor.

CENA: ok.35zł - SuperPharm oraz Douglas; obecnie można skorzystać z promocji w SP (-15%).


Jak wiecie ten lakier był moim ulubieńcem w październiku i to właśnie po niego najczęściej sięgałam. Uważam, że ten kolor jest wyjątkowo udany i mimo początkowym obaw, że będzie trącał tandetną perłą, okazało się, że moje przypuszczenia miały niewiele wspólnego z rzeczywistością, z czego szalenie się cieszę. Teraz mogę rozkoszować się dziewczęcym kolorkiem, który pasuje niemal do wszystkiego i na każdą okazję. Jest zarazem bardzo dyskretny, a jednocześnie niesamowicie urokliwy, więc wszystkie te z Was, które jeszcze się nad nim zastanawiają namawiam na pójście do najbliższego SP lub Douglasa w celu nabycia swojej własnej sztuki ;)

A teraz pora udowodnić to, nad czym tak bardzo się wyżej rozwodziłam... Zapraszam na zdjęcia! :)








I dwa zdjęcia w słońcu :)



I jak? Czekacie już w blokach startowych? ;))) A może to jednak nie Wasz kolor? Ja jestem nim szczerze oczarowana :)
K.
Czytaj dalej

środa, 7 listopada 2012

Najciekawsze październikowe zdobycze :)

Witajcie Dziewczyny!

Tym razem ujawniam Wam najciekawsze zdobycze października, kończąc tym samym podsumowania października. Ponownie pokazuję Wam tylko to, co według mnie zasługuje na największą uwagę. Ileż można pokazywać, że kupiłam mydło i waciki ;)) Poza kosmetykami, które pokazuję niżej przybyło mi kilka produktów o włosowym przeznaczeniu, głównie za sprawą rossmanowskich promocji na marki własne, ale zdjęcia wyszły tak obrzydliwie ciemne, że nawet nie ma sensu ich pokazywać. Jeśli będę miała na ich temat coś do powiedzenia, to z pewnością przygotuję odpowiednią recenzję :)

A teraz oddajmy się przyjemności podziwiania nowości w moich obszernych zbiorach :D Kilka z Was - w komentarzach pod postem denkowym - pisało, że chyba mogę już uzupełnić zapasy, otóż zapasy ciągle jeszcze nie stopniały tak bardzo, jakby sobie tego życzyła, więc w tym temacie póki co dość spokojnie. Za to mój kolorówkowy potwór jest ciągle na głodzie, czego dowodem są poniższe zdjęcia... Zapraszam! :)

Aha! Tak, to wszystko jest mi szalenie niezbędne ;))))))


Po pierwsze i chyba najważniejsze - lakiery z nowej jesiennej, zwanej również kawową, kolekcji Inglota. Zdecydowałam się na kolory - od lewej - 364, 366 i 368. Jestem oczarowana tymi lakierami, wyglądają cudownie i z pewnością pokaże się tu na blogu z bliska!

Oczywiście cena standardowa, jak na lakiery Inglota, czyli 20zł. Chociaż tym razem buteleczki są odrobinę mniejsze, niż te z regularnej kolekcji, ale jest to kwestia bodajże 1,5ml.

Pragnę również dodać, że moje sztuki przyjechały do mnie aż z Opola, za sprawą mojej kochanej Stefanii! Podobno u nas były problemy z dostępnością koloru 366 (najbardziej popularny w kolekcji), więc pomyślałam, że swoje zakupy poczynię u mojej przyjaciółki, zamiast u naburmuszonych Pań w warszawskich salonach - chociaż akurat w salonie w Wola Parku spotkałam się z przemiłą obsługą, kiedy na szybko wpadłam po klej do rzęs (i jeszcze zostałam obdarzona komplementem! no kto tego nie lubi?! ;)). W każdym razie czasami mam wrażenie, że klient jest tam tak samo intruzem, jak klientki bez złotej karty w Sephorze... ;))

Stefi, dziękuję za pomoc i za uśmiech! :*


Te z Was,, które śledzą blog Sylwii, mogą kojarzyć, że w połowie miesiąca wybrałyśmy się na targi kosmetyczne w Hali Expo. Ja skusiłam się na pierwsze OPIki w mojej kolekcji - te akurat pochodzą z kolekcji Vintage Minnie Mouse. Różowy to If You Moust, You Moust, natomiast czerwień to The Color of Minnie. Każdy z nich kosztował 21zł za pełnowymiarową buteleczkę, więc żal było się nie skusić! Do tego wybrałam miniaturkę wysuszającego top coatu (jako, że mój Good To Go, chyba już doszczętnie zgluciał...). Ta przyjemność kosztowała mnie 10zł - i jest to bardzo dobrze wydane 10zł, przynajmniej jestem niemal pewna, że zdążę go wykorzystać zanim mi zgęstnieje, a i krążąc między mamą, a moim M. nie mam problemu z dodatkowym ciężarem z kosmetyczce, bo to maleństwo praktycznie nic nie waży ;)


Moja słabość - Essie. Nie mogłam sobie darować zakupu kilku nowych buteleczek, tym bardziej, że na targach dostępne były lakiery, których próżno szukać w szafie w Super-Pharm (tak jakby 90 kolorów, to było mało...). Ponadto lakiery kosztowały tylko 19zł, więc skusiłam się również na dwa kolory ze stałej oferty, na które i tak miałam ochotę. I tak od lewej mamy Super Bossa Nova (stała kolekcja), No More Film (kolekcja letnia - Resort 2012), A Crewed Interest (kolekcja wiosenna - Navigate Her) oraz Funny Face (stała kolekcja).


Wystarczy lakierów! Przejdźmy do kolejnego, bardzo udanego zakupu w tym miesiącu - mam na myśli oczywiście podkład mineralny Lily Lolo w kolorze Warm Peach oraz róż w kolorze Ooh La La. Te kosmetyki poznałam za sprawą Agu, która była tak kochana i w ubiegłym miesiącu wysłała mi odsypki ze swoich produktów. Są to prawdopodobnie najpopularniejsze i najchętniej kupowane kolory i wcale się temu nie dziwię! Zdążyły się już pojawić we wczorajszych ulubieńcach miesiąca :)


Kolejne upragnione zdobycze - pomadko-błyszczyki z Celii! Zdecydowałam się na kolory 601, 602 i 603 (od lewej). Kolor 602 miałam już wcześniej, ale niestety odkąd mi się złamała i przełożyłam ją do słoiczka, niestety zaczęłam o niej zapominać. Teraz jest już chłodniej, więc moje Celie mają szansę się uchować... :)
Uwielbiam je za to jak cudownie zmiękczają i mimo wszystko pielęgnują usta, aż dziwię się, że zapomniałam dodać ich do wczorajszych ulubieńców... Szkoda się nie skusić za 10zł, w końcu to ledwie koszt pomadki ochronnej :)

Moje pomadko-błyszczyki przyszły do mnie aż ze Szczecina od kochanej Agu, z niemałą pomocą jej W. Po raz kolejny przekonuję się, że Agata jest po prostu aniołem! ;) Dziękuję!


Zrobiło się nieco chłodniej i mój uśpiony szminkowy nałóg dał o sobie znać. W październiku skusiłam się aż na trzy pomadki od Catrice. Wszystkie różowe... I podoba mi się jeszcze jedna... ;)) To totalne szaleństwo, ale każda z nich jest inna i w żadnym wypadku nie umiałam wybrać jednej. Zdecydowałam się więc na Pinkadilly Circus (seria Ultimate Colour), Kiss Kiss Hibiskiss (seria Ultimate Shine) oraz Colour Bomb z letniej limitowanki Revoltaire, którą udało mi się dorwać w stanie nienaruszonym w Hebe. Kolory na zdjęciach mogą być nieco przekłamane, ale mój aparat po prostu głupiał widząc tyle różu na raz :D

Koszt każdej z pomadek to ok.16zł.



Nie, nie! Nie kupiłam na raz całej palety, ale w związku z udaną współpracą z dotychczasową piątką, skusiłam się na uzupełnienie palety o kolejną piątkę cieni. Wszystkie pokazywałam już z bliska TUTAJ. Również nie mam pojęcia dlaczego zapomniałam o tej palecie w październikowych ulubieńcach. Chyba miałam jakieś zaćmienie, w końcu z tej palety zrezygnowałam tylko w ostatnich dniach miesiąca, a poza nimi była wałkowana non stop! ;)


Tak żeście chwaliły ten krem kakaowy do ciała z Isany, że i ja postanowiłam go przygarnąć. Tym bardziej, że nie dość, że zbiera same dobre opinie, to jeszcze półlitrowe opakowanie kosztowało w promocji jakieś 7-8zł... No żal nie przygarnąć. Jeszcze nie miało swojej premiery, ale chyba przełamię swój projekt denko i otworzę go kosztem odstawienia owocowego musu z Farmony, którego używam u mamy. Zdecydowanie mam ochotę na bardziej otulające zapachy w tą zimnicę ;)


Ten duet z Bath & Body Works również zdążył już trafić do moich ulubionych produktów. Korzystając ze zniżki, którą można było zgarnąć na fanpage'u BBW zdecydowałam się na zakup wody toaletowej (moja Euphoria dobija dna i chcę ją co nieco oszczędzić ;)). Początkowo miałam ochotę na Dark Kiss, ale ostatecznie moje serce zdobyła kompozycja Carried Away, która jest wyjątkowo świeża, jak na produkt, który stosuję jesienią, ale ma w sobie coś takiego, że po prostu uwielbiam ten zapach! Myślę, że całkiem niedługo pokuszę się o recenzję zapachu (po zniżce ok.80zł/75ml). Z balsamem (29zł) jeszcze się wstrzymam, bo wypadałoby jeszcze chwilę go poużywać ;)


Malinowy żel pod prysznic z Balea i szampon hibiskus i aloes z Alverde, to "zdobycze" z Budapesztu, które przywędrowały do mnie dzięki uprzejmości Sylwii. Malinka jeszcze czeka na swoją kolej, ale szampon już poszedł w ruch i jestem póki co zadowolona! Ciekawe jak polubimy się na dłuższą metę :) Za oba produkty zapłaciłam w sumie ok.15zł.

Na tym koniec zakupów, ale nie koniec zdobyczy. W różnych okolicznościach przywędrowały do mnie również poniższe produkty...


Maskara Play It Big, którą udało mi się wygrać w konkursie organizowanym przez Gray. Jest to nowość od marki Astor i jestem jej bardzo ciekawa. Jeśli Wy też macie ochotę spróbować szczęścia, to rozglądajcie się uważnie po blogosferze, bo zdaje się, że te maskary są do wygrania w konkursach trwających na kilku innych blogach :)

Kasia dorzuciła od siebie kilka innych ciekawych drobiazgów, które pewnie pojawią się tutaj w ramach recenzji lub w postach denkowych :)


Ostatnio dopisuje mi szczęście, ponieważ udało mi się również wygrać rozdanie u Kasi z xkeylimex, w którym zdobyłam paletkę cieni, lakier i błyszczyk z ostatniej limitowanki Catrice, czyli Hollywood's Fabulous 40ties. Szalenie mnie cieszy ta wygrana, ponieważ zupełnie ominęła mnie ta limitowanka - zanim dotarłam do Natury, to wszystko co ciekawsze już dawno było wykupione... Tym samym limitka sama przyszła do mnie! :D

Również i ta Kasia dorzuciła od siebie całe mnóstwo dodatków, za które bardzo dziękuję :)


Wspominałam już o Sylwii i jej wizycie w Budapeszcie, prawda? Sylwia nie tylko zrobiła dla mnie minizakupy, ale również przywiozła mi prezent w postaci cudownego różu Alverde w kolorze 04 Soft Rose. Absolutnie genialny kolor! :)


Pod koniec października byłam również na konferencji organizowanej przez markę Kryolan. Relacja z tego wydarzenia wkrótce pojawi się na blogu, a oto co otrzymałam w ramach kosmetycznego upominku - pomadka w przepięknym różowo-koralowym kolorze, granatowy, matowy cień oraz próbkę produktu make-up blend, który prawdopodobnie może spełniać zarówno rolę bazy pod podkład, jak i odpowiednika Duraline :)


No i na sam koniec - zestaw nowych farb Palette Salon Colors. Tym razem nie ja będę testerką, bo - tak, jak wspominałam przy okazji włosowego tagu - póki co nie farbuję włosów. Lubię mój naturalny kolor. Tym razem testerkami zostały mamy - moja i mojego M. W dodatku obie - nie konsultując się ze sobą - zdecydowały się na ten sam kolor, czyli Jasny Blond :)) Zobaczymy czy nie pomylę mam, chociaż mama mojego M. to i tak już "prawie swoja"  :D:D:D

Uff! Wystarczy tego! Oj, gdyby nie te blogerki i przyjaciółki, to nie miałabym połowy tego całego arsenału - one temu winne... ;)))

A jak tam Wasze zdobycze? Czy też macie taki problem z pohamowaniem lakierowych chciejstw? ;)
K.
Czytaj dalej

wtorek, 6 listopada 2012

Ulubieńcy października

Cześć Dziewczyny!

Zgodnie z facebookową zapowiedzią, dzisiaj pora na ulubieńców - jutro natomiast powinny pojawić się październikowe zdobycze (których część zobaczycie już w tym poście :)). Nie jest pewna czy pojawią się rano, czy po południu wszystko jest kwestią tego, kiedy wyrobię się z obrobieniem zdjęć, ale tak czy inaczej zapraszam - wiem, że lubicie tego typu posty :)

Wracając jednak do ulubieńców - tak jak wspomniałam powyżej - część moich nowych zdobyczy z miejsca zdobyła moje serce i wskoczyła do zacnego grona faworytów. Być może szokiem dla stałych bywalców będzie brak jakiegokolwiek produktu z The Balm :D Taaak... W październiku co nieco odpuściłam, ale nadal chętnie sięgam po róże z mojej balmowej kolekcji :) Tym razem jednak w moje posiadanie weszły dwa nowe i oczywiście przecudnej urody róże. Wkrótce postaram się o nich napisać więcej, załączając swatche, ale jeśli chcecie zobaczyć je z bliska już teraz, to jutro spróbuję dodać zdjęcie ze swatchami.


W październiku szczególnie chętnie sięgałam po podkład Lily Lolo w kolorze Warm Peach. Już przy okazji denek pisałam Wam, że za sprawą Agu, ten podkład szczególnie przypadł mi do gustu. Po raz pierwszy na własne oczy widzę, że moja twarz wygląda znacznie lepiej, niż bez podkładu. Koloryt jest wyrównany, większość zmian jest świetnie ukryta, a przy tym skóra nie jest obciążona. W dodatku moja twarz nawet bez użycia pudru świeci się duuużo później, a w dobre dni nawet prawie wcale. Jestem zupełnie oczarowana! :) Do aplikacji tego podkładu używam flat topa z Hakuro - model H50. Uwielbiam tę markę, jest absolutnie świetna, jestem zadowolona z każdego jednego pędzelka, który posiadam. Ten jest bardzo mięciutki i dobrze radzi sobie z rozprowadzaniem podkładu na twarzy, nawet w trudno dostępnych miejscach.

Pozostając jeszcze w temacie Lily Lolo (i odsypek od Agu :)) - moim nowym ulubieńcem jest róż tej marki w bardzo popularnym kolorze Ooh La La. Chyba jeszcze nie miałam tak twarzowego i jednocześnie tak trwałego różu. I mam tym razem na myśli trwałość w sensie intensywności koloru. Kolor nie tylko widać przez cały dzień, ale po prostu przez cały dzień jest on tak samo intensywny, jak rano podczas aplikacji. W dodatku jest szalenie łatwy w obsłudze, a ewentualny nadmiar bardzo łatwo można skorygować pędzlem z pozostałościami podkładu.


Kolejnym różem, który w październiku zasilił moją kolekcję jest róż z Alverde w kolorze 04 Soft Rose, który dostałam od Sylwii, jako upominek z Budapesztu. Jestem zachwycona tym różem niemal tak bardzo, jak wyżej opisywanym LL. Ten z Alverde ma świeży, bardzo dziewczęcy kolor, który można stopniować od bardzo delikatnej poświaty po intensywny, chłodny róż o satynowym wykończeniu. Również jest szalenie trwały, choć z upływem dnia nieco blednie. Jeśli będziecie miały okazję odwiedzić drogerie DM, to polecam przyjrzeć się tym różom! :)

Jako Essiemaniaczka musiałam uwzględnić tu dwa wyjątkowe lakiery, które  z ogromną przyjemnością nosiłam na paznokciach w październiku. Są to cudowny brudny fiolet - Island Hopping, który oczarował mnie fantastyczną trwałością - nosiłam go równo tydzień, bez jakichkolwiek większych uszkodzeń, jedynie z delikatnie przytartymi końcówkami. I zmyłam go tylko dlatego, że miałam ochotę na coś innego. Miałam już okazję przekonać się o trwałości lakierów Essie, ale ten pobił wszystkie dotychczasowe na głowę!

Drugim z ulubionych kolorów jest Virgin Orchid, który przy okazji poprzedniego posta zakupowego tak bardzo Was zainteresował. VO to bardzo dziewczęcy róż, w którym zatopione są mikroskopijne złote drobinki, dzięki czemu lakier jest wielowymiarowy. Był to lakier, który zdecydowanie najczęściej nosiłam w tym czasie. Gdyby zsumować wszystkie dni, kiedy miałam go w październiku na paznokciach, to spokojnie uzbierałyby się dwa tygodnie!

Oba lakiery zaprezentuję bliżej jeszcze w tym tygodniu, dlatego obserwujcie uważnie blog, jeśli któryś z nich wpadł Wam w oko :)


Last but not least - czyli duet z Bath & Body Works! W październiku skorzystałam ze zniżki uzyskanej na fanpage'u BBW i skusiłam się na zakup wody toaletowej i nawilżającego balsamu do ciała z linii Carried Away. Teoretycznie ten zapach powinien bardziej pasować na wiosenne dni, tym bardziej, że jestem fanką dość ciężkich, otulających zapachów, ale ma w sobie coś takiego, że po prostu musiałam go mieć. Jest jednocześnie bardzo słodki, ale również bardzo świeży. Kojarzy mi się trochę z cukierkami miętowymi Ice - pamiętacie je jeszcze? Niewiele miały wspólnego z miętą, ale były właśnie takim połączeniem orzeźwienia i słodyczy :) Woda toaletowa jest bardzo trwała i na początku wyczuwałam ją na sobie przez cały dzień, teraz już się nieco przyzwyczaiłam, więc nie wyczuwam go tak często, jak na początku. Balsam natomiast ma świetną gęsto i dość treściwą konsystencję, świetnie się wchłania i generalnie pozostawia skórę przyjemnie nawilżoną i gładką. Na pewno przeczytacie recenzje tych dwóch produktów, myślę, że do końca miesiąca zdążę się z nimi wystarczająco zapoznać, żeby móc napisać rzetelną recenzję :)

Znacie któregoś z moich ulubieńców? A może macie ochotę wypróbować coś z tego zacnego grona? ;))
K.
Czytaj dalej

sobota, 3 listopada 2012

Październikowe mega denko! :)

Cześć Dziewczyny!

Mam już stały dostęp do internetu, więc znowu mogę zabrać się za regularne pisanie! Wobec tego zacznijmy podsumowania października - dzisiaj denka. A raczej megadno! Myślałam, że kumulacja nastąpiła we wrześniu, ale jednak październik - pod względem zużyć - był jeszcze bardziej obfitym miesiącem, co szczególnie mnie cieszy, ponieważ na moich półkach co nieco wreszcie przejaśniało. Nadal mam jednak spore zapasy, ale coraz sprawniej radzę sobie z ich wykańczaniem :)

W tym miesiącu udało mi się zużyć aż 20 produktów, a oto i one!



1. Peeling cukrowy Tutti Frutti melon & arbuz; Farmona (300ml; ok.16zł);
2. Peeling solny minerały morskie i olejek z krokosza; Perfecta (225ml; ok.15zł);
Oba produkty były dość dobre, przyjemnie pachniały i generalnie jako tako wywiązywały się ze swojego zadania, ale irytowała mnie w nich tłusta parafinowa warstwa, którą pozostawiały na skórze. Peeling Farmony recenzowałam TUTAJ, a peeling Perfecty TUTAJ. Do żadnego z nich już nie wrócę.

Następcy: Farmonę zastąpił peeling bzowy z Joanny (używam go u mamy); a peeling Perfecty zastąpiła jego cukrowa siostra w wersji marcepanowej (używam go u chłopaka).


3. Peeling imbirowy Swedish Spa; Oriflame (150ml; w promocji ok.25zł).
Kiedyś ulubieniec, a teraz znalazłam zapomnianą resztkę na dnie. Nadal uważam go za dobry peeling i chętnie wróciłam do niego przynajmniej na ten jeden zabieg. Miło było znowu poczuć ten cudowny intensywny i otulający zapach imbiru. Nie wiem czy jeszcze go kupię, bo ostatnio mało zamawiam z Oriflame, ale kto wie. Recenzowałam go już kiedyś TUTAJ.

Następca: jak wyżej - peeling bzowy z Joanny.

4. Masło do ciała Afryka; Be Beauty - Biedronka (200ml; ok.5-8zł).
Moje ukochane masło do ciała, które porzuciłam na czas wakacji. Teraz wróciłam do niego z ogromną przyjemnością i cieszę się, że mam jeszcze jedno w zapasie! Zapach idealny na jesień i zimę, a właściwości pielęgnujące na bardzo wysokim poziomie. Zdecydowanie powinno być dostępne w stałej ofercie! Recenzowałam je TUTAJ.

Następca: kostka I Love Me/Soft Coer z LUSH


5. Żel pod prysznic płatki róży i proteiny mleka; Luksja (500ml; ok.5-8zł).
Bardzo przyjemny żel pod prysznic, o bardzo relaksującym zapachu. Chętnie po niego sięgałam i niewykluczone, że jeszcze do niego wrócę, ponieważ dobrze oczyszczał skórę i nie wysuszał jej.

Następca: ukochany Lirene żel+oliwka z mango oraz melony żel Balea

6. Olejek do kąpieli Tutti Frutii melon i arbuz; Farmona (ok.12-14zł; 500ml).
Przyjemny umilacz kąpieli, nie miał żadnych wyjątkowych właściwości pielęgnacyjnych, ale zużywałam go z przyjemnością, choć nie sądzę, żebym jeszcze do niego wróciła. Recenzowałam go kilka dni temu TUTAJ.

Następca: różany płyn do kąpieli z Douglasa


7. Żel do higieny intymnej; Intimea - Biedronka (300ml; ok.3zł).
Dość dobry żel do higieny intymnej, dobrze oczyszczał strategiczne rejony i nie podrażniał ich. Miałam już obie wersje dostępne w Biedronce i z obu byłam zadowolona.

Następca: żel do higieny intymnej dla skóry wrażliwej Facelle - Rossman

8. Płyn micelarny Solution Micellaire; Gemey (gratis z zestawu z tuszem Maybelline);
Baaardzo dobry płyn micelarny! Przede wszystkim świetnie radził sobie z każdym makijażem niewodoodpornym. Był bardzo skuteczny, wydajny i nie podrażniał oczu. Szkoda, że nie jest dostępny w regularnej sprzedaży, ale jeśli traficie na niego w zestawie z tuszem, to nawet się nie zastanawiajcie! :)

Następca: miniaturka Biodermy Sensibio


9. Mleczko do ciała Głębokie Nawilżanie; Lirene (250ml; ok.12zł).
Bardzo dobre mleczko do ciała. Skutecznie nawilżało moją skórę, choć nie jestem przekonana, czy skóry suche byłyby tak bardzo zadowolone jak i moja. 48h nawilżenie to też gruba przesada, ale mimo to uważam to za dobry i bardzo uniwersalny kosmetyk, z którego równie chętnie, jak i ja, korzystał mój chłopak. Być może kupię ponownie. Produkt recenzowałam TUTAJ.

Następca: orzeźwiające mleczko do ciała Biotherm oraz balsam do ciała Bath & Body Works - Carried Away

10. Balsam do włosów farbowanych ALOES; Green Pharmacy (300ml; ok.8zł).
Bardzo dobra odżywka do włosów, którą z przyjemnością zużyłam, ponieważ dobrze się sprawdzała na moich włosach. Jej recenzja pojawiła się na początku tygodnia TUTAJ. Chętnie kupię ponownie.

Następca: odżywka morelowa z Alterry (tak, mam jeszcze zachomikowane dwie butelki :D).


11. Krem do rąk z olejkiem migdałowym; Isana (100ml; ok.5zł).
Świetny krem do rąk, który genialnie sprawdzał się jako krem do torebki! Uwielbiam sięgać po niego w ciągu dnia, bo nie tylko pięknie pachniał, ale również dobrze pielęgnował moje dłonie. Szkoda, że to edycja limitowana, bo kupiłabym go ponownie. Recenzowałam go już TUTAJ.

Następca: krem do rąk z kwiatem pomarańczy - oczywiście z Isany :)

12. Krem do mycia twarzy z wyciągiem z dzikiej róży; Alterra (150ml; ok.10zł).
Jeden z moich ulubieńców do mycia twarzy! Jest bardzo delikatny, ale jednocześnie bardzo dobrze oczyszcza twarz. Na początku nie przepadałam za jego zapachem, ale przyzwyczaiłam się i polubiłam go. Niestety mam wrażenie, że Rossman go wycofał, bo od kilku tygodni nie mogę na niego nigdzie trafić :( Produkt recenzowany TUTAJ.

Następca: łagodny żel do mycia twarzy Under 20


13. Mydło w płynie Discover Marrakech; Oriflame (300ml, cena bardzo różna!).
Skuteczne i pięknie pachnące mydełko do rąk. Ceny są bardzo różne, zależny od promocji - swoje kupiłam w zestawie z żelem pod prysznic i mydłem w kostce za 10zł. Mam jeszcze jedno.

Następca: mydło w piance Sweet Pea Bath & Body Works

14./15./16. Kule kąpielowe Body Club (ok.6zł/szt.).
Wszystkie te kule były bardzo przyjemnymi umilaczami kąpieli, odrobinę nawilżały skórę, ładnie barwiły wode i przyjemnie pachniały. Możliwe, że jeszcze do nich wrócę, jednak teraz mam ochotę wypróbować kule od Stenders lub Tso Moriri.


17. Maseczka redukująca zmarszczki; Dermo Minerały (20g, ok.5zł).
Maska ma bardzo dobry skład i świetnie działała na moją cerę, jednak do czasu. Niestety za drugim razem nie wiedzieć czemu moja skóra zrobiła się cała czerwona i mimo braku innych dolegliwości chyba jednak już do niej nie wrócę. Pisałam o niej TUTAJ.


18. Tusz do rzęs False Lash Effect Fusion; Max Factor (ok.40zł/szt.).
Bardzo dobry tusz do rzęs! Jeden z moich ulubieńców - już zakupiłam następną sztukę, a wkrótce przygotuję jego recenzję! Warto na niego zwrócić uwagę :)

Następca: Kolejna sztuka tego tuszu :)

19. Pomadka ochronna waniliowa; Lip Smackers (ok.10zł/szt.).
Bardzo skuteczna pomadka! O ile klasyczne smakersy nie są dla mnie tak dobre, tak te w wersji niby naturalnej są naprawdę bardzo łaskawe dla moich ust! Świetnie je nawilżają i natłuszczają więc chętnie do nich będę wracać!

Następca: pomadka ochronna malinowa Oeparol

20. Odsypka podkładu mineralnego Lily Lolo w kolorze Warm Peach.
Dzięki Agu miałam szansę poznać ten genialny podkład! Odsypka z tego malutkiego słoiczka wystarczyła mi na dobre 3 tygodnie prawie codziennego stosowania! Już kupiłam pełnowymiarowy produkt i chętnie za jakiś czas przygotuję jego recenzję, bo nie miałam jeszcze podkładu, który tak bardzo by mnie oczarował! :)

Następca: pełnowymiarowy produkt

No! To by było na tyle! Jestem szalenie zadowolona z moich październikowych zużyć, ale z tego co widzę - nie tylko u mnie ten miesiąc był tak obfity w denka! Pochwalcie się jak Wam poszło i czy wśród moich zużyć są jakieś produkty, których już używałyście?
K.
Czytaj dalej
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog template designed by SandDBlast